Filia szpitala dla chorych w lżejszych stanach. Właśnie tych słów – co do joty – użyła rzeczniczka Szpitala Narodowego, by określić oddaną w zeszłym tygodniu do użytku placówkę powstałą na bazie narodowego stadionu piłkarskiego.
Warto zacząć od przytoczenia prostych faktów. Po pierwsze, to rzeczywiście szpital dla najlżej chorych. Po drugie, to szpital, w którym płaci się najwięcej personelowi. Po trzecie, to szpital, który za każdego pacjenta otrzyma z Narodowego Funduszu Zdrowia o wiele więcej pieniędzy, niż za chorego w o wiele gorszym stanie otrzyma „normalny” szpital.

Procedura wewnętrzna

Reklama
W ostatnich dniach najwięcej emocji w kontekście filii szpitala dla chorych w lżejszych stanach (filii, bo formalnie jednostką wiodącą jest Centralny Szpital Kliniczny MSWiA przy ul. Wołoskiej) wzbudziły procedury przyjmowania pacjentów. Przyczyniłem się do tej dyskusji, cytując lekarzy, którzy usiłowali przekazać do Szpitala Narodowego chorych, by zwolnić łóżka dla kolejnych ciężko przechodzących COVID-19. Okazało się jednak, że Narodowy pacjentów ze szpitali wcale przyjmować nie chciał. Lekarze mówili wprost: to szpital dla zdrowych ludzi. Za to, że przytoczyłem te opinie, oburzyli się na mnie niektórzy członkowie rządu. Zarazem jednak odmówiono opublikowania kryteriów przyjęć do Narodowego, wskazując, że to „procedura wewnętrzna”. Napór mediów i kolejne lekarskie świadectwa o tym, że nie sposób przekazać pacjentów najsłynniejszej w tej chwili placówce medycznej w Polsce, spowodowały jednak, że kryteria zostały w końcu upublicznione. W największym skrócie: do Szpitala Narodowego mogą trafić jedynie pacjenci w stabilnym stanie, bez dolegliwych chorób współistniejących i których stan się poprawia, a nie pogarsza. Najlepiej gdyby oddychali samodzielnie, bez konieczności jakiegokolwiek wsparcia, lub wymagali niewielkich dawek tlenu.

Sanatorium narodowe

Reklama
„Na Narodowym nie będzie leczona niewydolność oddechowa wymagająca tlenoterapii wysokoprzepływowej lub respiratoroterapii ani pacjenci z ciężkim zapaleniem płuc niezależnie od stanu klinicznego. To «Narodowe Izolatorium» nie odciąży szpitali” – skomentował dr Paweł Grzesiowski, ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej do walki z COVID-19. „Czyli już oficjalnie narodowe izolatorium z lekarzami, zwane szpitalem narodowym dla lekko chorych. Jednak. Za cenę drenażu innych szpitali z personelu. Systemu to nie uratuje. A odciążenie szpitali też nie będzie zbyt duże. Szkoda, wielka szkoda” – ocenił koncepcję Jakub Kosikowski, lekarz zajmujący się od kilku miesięcy pacjentami z COVID-19.
Politycy oraz przedstawiciele szpitala tłumaczą, że od początku Narodowy był pomyślany jako szpital polowy, do którego trafią „łatwiejsze” przypadki i w ten sposób uda się odciążyć „normalne” szpitale, ażeby te mogły lepiej pomagać ciężej znoszącym chorobę. – Szkopuł w tym, że na 23 pacjentów, których mam na stanie, żaden nie spełnia kryteriów przyjęcia do Szpitala Narodowego – mówi mi jeden z warszawskich lekarzy. – U nas kwalifikowałby się jeden pacjent spośród 25. Mam nadzieję, że w pozostałych szpitalach polowych kryteria będą mniej wyśrubowane – wskazuje medyk z Małopolski.
Lekarze twierdzą, że pacjenci w stanie, który kwalifikuje do przyjęcia na Stadion Narodowy, bywali często po prostu wypisywani do domu, ażeby zwolnić miejsce w publicznych placówkach dla bardziej potrzebujących.
Mówiąc wprost, przy tak zakreślonych kryteriach przyjęć, szansa na odciążenie „normalnych” szpitali jest niewielka. Tym bardziej że procedura zakłada, iż zanim pacjent trafi do „szpitala narodowego”, musi przejść diagnostykę w „normalnym”. Jeżeli jego stan będzie niezły, można go będzie przekazać na stołeczny stadion. Ale jeśli stan zacznie się pogarszać, to chory znów zostanie przekazany szpitalowi stacjonarnemu. W efekcie – jak wskazują lekarze – bliżej Narodowemu do izolatorium niż do szpitala polowego. Niektórzy nieco złośliwie mówią nawet o sanatorium. A przecież Narodowy jest, zgodnie z przyjętą niedawno metodologią, szpitalem trzeciego stopnia, czyli w założeniu najbardziej zaawansowanym i wyspecjalizowanym. Zasada powinna być taka, że pacjenci z placówek drugiego stopnia trafiają do tych trzeciego. Tu postanowiono zrobić na odwrót.

Kto by nie chciał zarabiać?

Kłopotu by zapewne nie było, gdyby Szpital Narodowy był czymś dodatkowym, nijak niewpływającym na działalność standardowych placówek, a jedynie je – w większym lub mniejszym stopniu – odciążającym. Tymczasem pracę w wielu miejscach skomplikował. Medycy skarżą się, że władze postanowiły wydrenować publiczne placówki z kadr. W Narodowym zarówno lekarze, jak i pielęgniarki mogą liczyć na lepsze zarobki niż w tradycyjnych szpitalach. Ba, lekarz specjalista wraz z dodatkiem za walkę z COVID-19 miesięcznie zarobi na Narodowym na przyzwoitej klasy samochód z salonu. I dla jasności: nie ma w tym nic złego, bo za ciężką pracę należy się dobra zapłata. Tyle że przejścia fachowców na Narodowy coraz bardziej doskwierają płacącym mniej placówkom, do których trafiają pacjenci w cięższym stanie. „Docierają do mnie informacje z miejskich szpitali w Warszawie o nieuczciwych praktykach w zakresie pozyskiwania personelu medycznego do szpitala na PGE Narodowym” – napisał prezydent stolicy Rafał Trzaskowski w liście do premiera Mateusza Morawieckiego.
Dziś zaś mamy do czynienia z sytuacją, gdy przekształca się kolejne łóżka w miejsca „covidowe”, ale zaczyna brakować personelu, który zaopiekowałby się pacjentami, których się na tychże łóżkach położy.
Trudno się dziwić ludziom, że szukają lepiej płatnej pracy. Zadaniem decydentów jest jednak zapewnić ciągłość pracy we wszystkich placówkach.

Wycena razy trzy

Nie tylko personel zarabia w szpitalach tymczasowych, w tym Narodowym, lepiej. Same placówki też. „Normalny” szpital za dobę leczenia pacjenta w lepszym stanie (określa się to na podstawie poziomu saturacji) dostaje z Narodowego Funduszu Zdrowia 330 zł. Za pacjenta w stanie gorszym 630 zł. Tymczasem osobodzień hospitalizacji w szpitalu tymczasowym, niezależnie od stanu pacjenta, kosztuje NFZ 1026,40 zł. De facto więc Narodowy otrzyma od państwa ponad trzy razy więcej pieniędzy niż za te same osoby dostałaby zwykła placówka publiczna. Zdaniem ekspertów w wysokiej wycenie ukryte mają być i koszt budowy szpitali tymczasowych, i wyższe wynagrodzenia dla kadry. W ten sposób jednak tworzy się placówki lepsze i gorsze.
– Prawdę mówiąc, nie czuję się zbyt komfortowo. Mam nadzieję, że ta wycena to dopiero pierwszy etap i pan minister zdrowia zechce rozszerzyć ją na pozostałe szpitale covidowe. Nie widzę różnicy w leczeniu i zabezpieczeniu pacjentów w szpitalu covidowym i tymczasowym – skomentował na łamach portalu CowZdrowiu.pl dr Jerzy Friediger, członek prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej i dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. S. Żeromskiego SPZOZ w Krakowie, który otwiera właśnie szpital tymczasowy.
Wreszcie kłopotem Szpitala Narodowego jest to, że stał się on bardziej projektem politycznym niżeli medycznym. Podczas regularnie zwoływanych konferencji prasowych widzimy polityków – a to prezydenta, a to premiera, a to szefa kancelarii premiera, a to ministra zdrowia – a nie lekarzy. Wiele słyszymy o tym, jaki wspaniały projekt udało się rządowi zrealizować, za to niewiele możemy się dowiedzieć o konkretach bezpośrednio związanych z zabezpieczeniem medycznym, które ma gwarantować Szpital Narodowy. W efekcie ciężka praca lekarzy, pielęgniarek i pozostałego personelu – bo nikt nie powinien mieć wątpliwości, że w pierwszym szpitalu tymczasowym, niezależnie od powyższych zastrzeżeń, robota jest wyczerpująca, a wraz ze zwiększającą się liczbą pacjentów będzie jeszcze trudniejsza – widziana jest często przez pryzmat politycznych banialuk wygadywanych na konferencjach przez przebierańców, którzy – gdy tylko idą na Narodowy – wyskakują z garniturów, wkładają bluzy i kurtki moro, jakby szli na wojnę.
Byłem jednym z tych, którzy sądzili, że stworzenie Szpitala Narodowego będzie czymś epokowym. Wierzyłem w to, że niezależnie od zapotrzebowania medycznego, fakt przekształcenia narodowego stadionu w szpital zjednoczy Polaków w walce z koronawirusem. Uważałem za niezwykłe to, co się dzieje na naszych oczach. Że za kilkanaście lat będziemy opowiadali naszym dorastającym dzieciom, z którymi pójdziemy na mecz piłkarskiej reprezentacji Polski, że w 2020 r. był w tym miejscu szpital. I że nie jest już potrzebny, bo mimo wielkich wyrzeczeń i strat udało nam się wyjść z jednej z najpoważniejszych pandemii w nowszej historii ludzkości. Tymczasem z narodowej jedności nici. Dostaliśmy misia na miarę naszych możliwości.