Nasi najwybitniejsi zakaźnicy nie widzieli potrzeby, aby czynić przygotowania. Mówili, że koronawirus do nas nie dotrze i nie ma co się nim zajmować. Z Katarzyną Pancer rozmawia Mira Suchodolska.
DGP
DGP
Reklama
Laboratorium klasy BSL-3, którym pani kieruje od 10 lat, to jedna z najlepiej zabezpieczonych tego typu placówek w Polsce. Co groźnego badacie?
To laboratorium o podwyższonym poziomie bezpieczeństwa. I nawet nie chodzi o trzymanie w nim wyjątkowo groźnych patogenów, raczej o wykonywanie badań w całkowicie bezpiecznych warunkach. Gdyby wydarzyło się coś niepożądanego – stłukła się probówka, coś się wylało, popsuła się wirówka – laboratorium jest tak zabezpieczone, że nic z niego nie wydostanie się na zewnątrz.

Reklama
Pani interesuje się najgroźniejszymi dla człowieka wirusami. A właściwie kto i według jakich kryteriów ustala, które są bardziej niebezpieczne, a które mniej?
Dziennik Gazeta Prawna
Rozporządzenia ministra zdrowia i ministra środowiska dzielą drobnoustroje na cztery grupy i określają warunki, w jakich mogą być badane. Pierwsza kategoria to takie, które występują w naszym środowisku, także w człowieku, i na ogół nie wywołują zachorowań. To zazwyczaj bakterie i grzyby, które mamy cały czas obok siebie i musielibyśmy być bardzo osłabieni, by spowodowały chorobę.
W kategorii drugiej znajdziemy patogeny, które wywołują zachorowania u ludzi, ale niezbyt często, a choroby nimi wywołane nie mają ciężkiego przebiegu. W dodatku wiadomo, jak je leczyć. W tej grupie znajduje się m.in. Escherichia coli – powodująca zakażenia dróg moczowych, wirus RSV – wywołujący zakażenia dróg oddechowych, czy Salmonella enterica – odpowiedzialna za wiele zatruć pokarmowych.
Do kategorii trzeciej zaliczamy drobnoustroje wywołujące zachorowania mogące szerzyć się epidemicznie i w związku z tym należy bardzo uważać, żeby ich nie rozprzestrzeniać. Ale i na te twory z „trójki” są dostępne środki leczenia lub prewencji, czyli szczepionki. Niemniej jednak są o wiele bardziej zjadliwe niż te z „dwójki”, wywołują poważne choroby, nierzadko śmiertelne. Do takich drobnoustrojów należy wirus chikungunya (czikungunia), który powoduje gorączkę podobną do dengi. Ale jest wśród nich też Escherichia coli, o której wspominałam wcześniej, tylko szczep bardziej toksykogenny, powodujący krwotoczne zakażenia, jak te z 2011 r., o których mówiła wówczas cała Europa. Ludzie zakażali się nimi…
Jedząc ogórki?
Nie. Podejrzewano ogórki, a winne były kiełki. Do kategorii czwartej, tej najbardziej niebezpiecznej, należą drobnoustroje, które wywołują ciężkie, szerzące się epidemicznie zakażenia, a w dodatku nie ma dla nich opracowanych leków ani szczepionek – godnym ich reprezentantem jest np. wirus ebola. W „czwórce” są niemal same wirusy, a tylko nieliczne grzyby i bakterie. Nawet groźny wąglik należy do kategorii trzeciej.
Czyli pracując w BSL-3, nie może pani badać próbek od osób, co do których jest podejrzenie, że zostały zakażone np. wirusami najcięższych gorączek krwotocznych?
Nie wolno nam namnażać drobnoustrojów kategorii czwartej. Gdyby ktoś od nas potrzebował to zrobić, to musi pojechać do Marburga albo do Hamburga, bo tam są laboratoria BSL-4, w których można pracować nad najgroźniejszymi patogenami. Natomiast, zgodnie z przepisami, badanie diagnostyczne, czyli sprawdzanie, czy jest to np. ebola, może być wykonywane w laboratorium klasy trzeciej, z etapem inaktywacji materiału zakaźnego na początku badania. Pod warunkiem oczywiście, że laboratorium BSL-3 ma odpowiednie parametry hermetyczności. Musi być podciśnienie, śluzy, filtry HEPA wyłapujące bardzo drobne cząstki. W praktyce wygląda to tak, że przechodzimy przez śluzę ubrani w specjalne stroje ochronne, otwieramy drzwi do laboratorium, a podciśnienie powoduje, że powietrze jest zaciągane do wnętrza, nic nie może się stamtąd wydostać w sposób niekontrolowany. Ale oczywiście powietrze w laboratorium jest wymieniane, inaczej byśmy się podusili. Zanim jednak „wyjdzie”, musi przejść przez filtry. Różnica pomiędzy laboratorium klasy trzeciej i czwartej jest jeszcze taka, że osoby pracujące w „czwórce” muszą mieć kombinezony z własnym źródłem powietrza – noszą na plecach butlę lub mają powietrze dostarczane bezpośrednio przez specjalny system. My nie mamy tych ogonów, czyli przewodów dostarczających powietrze. Mamy jednak butle – na wszelki wypadek.
W strojach roboczych wyglądacie kosmicznie. Z czego składa się wasz „mundurek”?
Przede wszystkim to kombinezon. Najbardziej lubimy te ze specjalnej włókniny, która z zewnątrz jest nieprzepuszczalna, ale od wewnątrz przepuszcza trochę powietrza, więc się człowiek w tym tak bardzo nie poci. To ważne, bo pod kombinezonami nie jesteśmy nadzy. Ubieramy pod spód bawełniane spodnie i bluzy. Kombinezony mają kaptury, na kaptur zakładamy gogle laboratoryjne, które dobrze przylegają do twarzy, i maski, najlepiej FFP3, które wyłapują prawie 100 proc. najmniejszych cząstek. One mają specjalne zaworki, które ułatwiają oddychanie. Kombinezony mają też coś w rodzaju szalika albo kołnierza, który się odpowiednio przylepia, żeby było szczelnie. I jeszcze długie zarękawki. To nie wszystko: zakładamy fartuchy przednie, trochę przypominają rzeźnicze, tylko są dłuższe. No i specjalne buty. To w zasadzie nie są buty, tylko ochraniacze. Czasem nogawki kombinezonu są zakończone skarpetkami, jak w dziecięcych śpiochach, wtedy można założyć tenisówki, pod kombinezon oczywiście, żeby poprawić komfort poruszania się, bo nie wszyscy lubią chodzić na bosaka. Można także dokupić specjalne antypoślizgowe ochraniacze. Trzeba się w tym nauczyć stąpać, ale szybko to idzie. Zawsze pracujemy w przynajmniej dwóch parach rękawiczek. Te pierwsze przyklejamy specjalną taśmą do rękawów kombinezonu – te się kończą mankietem przylegającym do nadgarstków. One są jak gdyby naszą drugą skórą. Na nie zakładamy drugie. I te drugie wymieniamy co chwilę – jak tylko wyciągamy ręce z komory laminarnej, zmieniamy rękawiczki. Coś w niej zrobimy, też zmieniamy. Zarękawki też często zmieniamy. Mamy więc twarz prawie całkowicie zasłoniętą, tak samo ręce, całe ciało. Możemy też nałożyć przyłbicę i wtedy jest jeszcze dodatkowe zabezpieczenie.
Musi być mocno niewygodnie w tym wszystkim.
Można przywyknąć. Ale faktycznie są też mocno niewygodne kombinezony, pod którymi spływa się potem, bo nie odprowadzają powietrza na zewnątrz. Człowiek czuje się w nich tak, jakby owinął się w szczelny worek foliowy. Inne są potwornie sztywne, trudno się w nich poruszać. Przerobiliśmy wiele różnych modeli, znaleźliśmy ulubione, ale one są w tej chwili trudne do zdobycia, więc trzeba pracować w tym, co jest. Jak się uda panu Andrzejowi, który zajmuje się zaopatrzeniem, znaleźć trochę tych fajnych, to jesteśmy szczęśliwi jak dzieci, które znalazły wyczekiwane prezenty pod choinką w Boże Narodzenie.
Czytałam, że w takim ubraniu ochronnym można przebywać maksymalnie przez cztery godziny, potem należy je zdjąć i spalić. To prawda?
Tak, ubranie jest jednorazowe. A palenie bierze się stąd, że przepisy mówią, iż inaktywacja zakaźnego materiału diagnostycznego może się odbyć tylko poprzez spalenie. Robi to wyspecjalizowana firma.
To prawda, że mając na sobie takie ubranie ochronne, powinno się chodzić powoli, nie wykonywać gwałtownych ruchów i się nie drapać?
O tak, drapanie się po twarzy jest zabronione. A jeśli chodzi o ruchy... W pomieszczeniu laboratoryjnym – które jest bardzo szczelne – mamy ściśle określoną, według wymagań WHO, wymianę powietrza. I gdyby coś się nam rozlało – a to są naprawdę niewielkie molekuły – to w momencie wykonywania gwałtownych ruchów uniosłyby się w górę, co zwiększyłoby ryzyko zakażenia. Dlatego ruchy powinny był płynne i powolne, szczególnie jeśli ktoś pracuje w komorze laminarnej z żywym wirusem. Gdyby ktoś za jego plecami zaczął machać rękami, w komorze zrobiłyby się zawirowania powietrza i coś mogłoby się wydostać do laboratorium.
Co to właściwie jest ta komora laminarna?
To prawie całkowicie zamknięta przestrzeń. Specjalny stół, na którym stoi rodzaj nakładki z szybą. W środku są odpowiednie filtry i specjalny obieg powietrza. Do komory wkłada się probówki, sprzęt, wszystko, co potrzebne jest do pracy – w niektórych rodzajach komór z boku, przez specjalne śluzy. Do komory wkłada się ręce i się pracuje. Są też takie komory, gdzie nie można włożyć samych rąk, nawet tak szczelnie opakowanych, jak nasze. W tym przypadku z komorą połączone są dodatkowe rękawo-rękawice, żeby ochrona była jeszcze większa. Taki sprzęt stosuje się do pracy z patogenami wysokiej zjadliwości. Na przykład w USA stosowano te szczególne zabezpieczenia przy rozpakowywaniu poczty z wąglikiem. Jak kończymy pracę w komorze laminarnej, wszystko idzie do sterylizacji w autoklawie, a w komorze zapala się lampę ultrafioletową, żeby zniszczyć RNA i DNA obecne w tej przestrzeni. Mam pewność, że następnym razem, jak usiądę do pracy z tym samym lub innym wirusem, jest tam czysto. Tak więc w komorze laminarnej robimy właściwie wszystko. Na zwykłym stole laboratoryjnym bez zabezpieczenia w BSL-3 nie robi się nic. Zresztą tak samo powinno się wykonywać badania genetyczne w BSL-2.
Kiedy w waszym laboratorium zaczęło się robić gorąco? Pamięta pani ten dzień?
Oczywiście, to był 23 stycznia. Od tego czasu pracuję na bardzo wysokich obrotach.
Co się wtedy wydarzyło?
Mieliśmy już wcześniej informacje o SARS-CoV-2 w Chinach. Wiedzieliśmy, że w każdej chwili wirus może się pojawić w Polsce. Dostałam polecenie, by „na już” ustawić diagnostykę koronawirusa. Czyli przygotować testy. Problem polegał na tym, że firmy produkujące potrzebne odczynniki i sprzęt były już oblężone, bo wszyscy w Europie składali zamówienia. Oprócz tego trzeba było uzyskać kontrole dodatnie, bo sam test, nawet dobrze opracowany, nic nam nie powie.
Kontrole?
To dodatkowe materiały do przeprowadzenia reakcji biochemicznej, żeby potwierdzić wynik testu – czy to ten wirus, czy nie. Trudno było się przebić, wszystkie te rzeczy się zdobywało, a nie kupowało. Materiały do kontroli zdobywaliśmy w Berlinie, chociaż i z tym były problemy. Oni współpracowali z dwoma firmami kurierskimi, z którymi my akurat nie mieliśmy podpisanej umowy, więc paczki szły w pierwszej kolejności tam, gdzie ich wysłanie było najprostsze. Niby głupstwo, ale mieliśmy w związku z tym wielki kłopot. W końcu udało się go rozwiązać, dostaliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy, ale ile było nerwów, to trudno opowiedzieć. Wymagało to wpychania się, bo wszystkie kraje chciały mieć te same odczynniki w tej samej chwili.
Na czym polegało to wpychanie się, walka o odczynniki i sprzęt?
Na nieustannym wiszeniu na telefonie, przekonywaniu, proszeniu, wysyłaniu tysięcy e-maili. Dopytywaniu się, podsuwaniu rozwiązań. Problemem były też pieniądze. Niestety, nie mamy stałych funduszy, więc za każdym razem, kiedy widzimy, że na świecie coś złego się dzieje, musimy prosić w resorcie zdrowia, żeby dał nam choćby jakąś niewielką kwotę na zakup odczynników, dzięki którym – jeśli dany wirus dotrze do Polski – będzie można od razu móc zrobić diagnostykę. I tak było tym razem. Od początku stycznia prosiliśmy ministerstwo o przekazanie 30 tys. zł, niedużej kwoty, żebyśmy byli gotowi, jak koronawirus pojawi się w Polsce. Ale nie dostaliśmy. Dyrektor mojego instytutu w pewnym momencie zdecydował, że trudno, bierzemy to na nasze ryzyko, a potem będziemy dalej dyskutować z ministerstwem. Ale to nie jest wina tylko resortu zdrowia, muszę być uczciwa. Nasi najwybitniejsi specjaliści od chorób zakaźnych także nie widzieli potrzeby, aby czynić przygotowania. Mówili, że nie ma sensu, że koronawirus do nas nie dotrze i nie ma co się nim zajmować. Takie dyskusje toczyły się na spotkaniu, na którym próbowałam przekonać innych, że istnieje duże ryzyko i trzeba zacząć się na nie szykować. A urzędnicy ministerialni uwierzyli zakaźnikom, a nie mnie. No, ale urzędnicy nie muszą się na znać na wirusologii i muszą komuś zawierzyć.
Stan takiego chaosu, który zapanował 23 stycznia...
Nie chaosu, bo to nie jest dobre określenie. Wysokiego wysiłku.
Po jakim czasie udało się opanować sytuację?
Już 1 lutego robiliśmy diagnostykę. Bardzo szybko, biorąc pod uwagę, że terminy realizacji standardowych zamówień w normalnych czasach to czasami dwa tygodnie.
Po ile godzin pani sypiała?
Niewiele. Myśmy tutaj siedzieli do godz. 22, czasem do godz. 2 lub godz. 3 w nocy. Wracało się do domu, spało i znów do pracy. I tak w kółko. To był wielki wysiłek całego zespołu. Chodziło nam o to, żeby sprawdzić, który test będzie najlepszy, najszybszy, dający najmniej wątpliwości. No bo jeżeli test diagnostyczny powoduje wątpliwości, to trzeba go powtórzyć, a to przecież dodatkowe koszty i czas.
Jakie były wasze główne zadania, zanim zaczęła się pandemia?
Jesteśmy wyznaczeni przez WHO jako narodowe laboratorium ds. odry i różyczki, mamy akredytację tej organizacji. W związku z tym, jak była ostatnia epidemia odry, także mieliśmy dużo pracy. Druga nasza akredytacja dotyczy programu eradykacji polio. Wprawdzie polio jest dziś bardzo rzadkie, wirusy powodujące tę chorobę w zasadzie już nie występują w postaci dzikiej, czyli nie ma ich w środowisku, ale zdarzają się inne enterowirusy powodujące ostre porażenie nerwów. Więc za każdym razem, kiedy zdarza się przypadek dziecka z takim porażeniem, trzeba sprawdzić, czy nastąpiło ono w wyniku zakażenia enterowirusem, czy z powodu innej choroby, np. autoagresywnej. Wykonujemy też monitoring środowiska, sprawdzamy, czy nie ma dzikich enterowirusów lub rewertantów szczepów szczepionkowych np. w ściekach.
Ile takich alertów, jak przy SARS-CoV-2, przeżyła pani, pracując w laboratorium?
Pierwszy alert był w 2009 r. – to była grypa pandemiczna – wtedy stopniowo uruchamiano Laboratorium BSL-3 NIZP-PZH, ale ja wtedy nie uczestniczyłam w badaniach wirusologicznych. Zasadą jest, że wszystkie nowe typy grypy szerzące się epidemicznie powinny być badane w BSL-3. Dopiero potem, jak już wiadomo, jaki jest potencjał wirusa, mogą go badać laboratoria niższej klasy bezpieczeństwa. Zresztą podobnie było z SARS-CoV-2: najpierw BSL-3, dopiero później stwierdzono, że diagnostykę podstawową można robić w BSL-2 – po inaktywacji próbki. Inaktywacja jest ważna, wtedy już nie da się namnożyć wirusa, ale można zbadać jego genom czy antygen. W 2012 r. był koronawirus MERS, w 2013 r. – wirus chikungunya, w latach 2014‒2015 – ebola, w 2016 r. – wirus zika, dwa lata później duża epidemia odry. Właściwie co rok mamy alert wirusowy. Tylko że te poprzednie w dużej mierze dotyczyły zagrożeń występujących poza Europą. A przynajmniej poza Polską. Co prawda gorączka chikungunya w 2013 r. została przywleczona do Włoch i teraz już jest w wielu krajach europejskich, ale komary ją roznoszące nadal nie występują na terenie Polski. Podobnie zika. Więc alert dotyczył ewentualnej diagnostyki osób, które przyjeżdżały z zagranicy.
Teraz przychodzi pani do pracy już spokojniejsza? Z poczuciem, że sytuacja została opanowana?
Jest spokojniej. Ale na początku, kiedy musieliśmy się błyskawicznie „przestawić na koronawirusa”, nie było łatwo. W Zakładzie Wirusologii jest nas teraz dziewięć osób, łącznie z sekretarką. Poza tym mamy Zespół BSL-3, który powstał w 2012 r. na potrzeby zabezpieczenia piłkarskich mistrzostw Europy. Składał się zarówno z wirusologów, jak i bakteriologów oraz parazytologów. Chodziło o to, że gdyby ktoś przyjechał do Polski z dziwnymi objawami, to mieliśmy od razu robić badania w kierunku czynnika wirusologicznego, bakteriologicznego i parazytologicznego. Wszystkie osoby w Zespole BSL-3 są świetnie przeszkolone, ale przy pandemii COVID-19 okazało się, że nie dajemy rady, głównie ze stroną administracyjną. Przyjmowanie próbek, wypisywanie i wysyłanie wyników to wszystko zajmuje niewiarygodnie dużo czasu. W związku z tym dyrektor instytutu oddelegował na potrzeby naszego laboratorium wszystkich diagnostów w instytucie, jak również osoby z różnych działów administracyjnych, żeby nas wspierały. To była wielka ulga – mogliśmy się skupić na badaniach. Niektóre firmy wsparły nas też darowiznami i mogliśmy kupić sprzęt, o którym mogliśmy do tej pory tylko marzyć. Serdecznie im za to dziękujemy.
Ja sobie naiwnie wyobrażałam, że w związku z pandemią SARS-CoV-2, jak kiedyś było 100-lecie chirurgów, tak teraz nastanie epoka wirusologów i na ich badania pójdą ogromne pieniądze.
Może tak będzie. Na razie wciąż panuje finansowa partyzantka. Epoka wirusologów, mówi pani? Tak, nagle wszyscy stali się wirusologami i uważają, że się świetnie na tym znają.