Lojalki to jeden z efektów porozumienia, które dwa lata temu zakończyło protest rezydentów. Wprowadziła je ustawa z 5 lipca 2018 r. o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. poz. 1532). Na jej mocy lekarze zatrudnieni w szpitalach otrzymali podwyżkę wynagrodzenia zasadniczego do 6750 zł brutto – jeśli zobowiązali się do nieudzielania tożsamych świadczeń w innych placówkach. Przy czym zarówno lecznica macierzysta, jak i ta objęta zakazem konkurencji muszą mieć zawartą umowę z NFZ. Regulacje te zostały obwarowane licznymi warunkami i wyłączeniami, zatem ich interpretacja nastręczyła sporo problemów jeszcze przed wprowadzeniem. Część wątpliwości resort wyjaśnił, jednak lekarze przekonywali, że przepisy trzeba doprecyzować, obawiając się, że ich niejednoznaczność obróci się przeciwko nim.

Według samorządu na lojalki zdecydowało się ok. 15 tys. lekarzy (to niespełna jedna czwarta zatrudnionych w szpitalach specjalistów). Przepis przyznający im podwyżki zgodnie z ustawą obowiązywać ma w latach 2018–2020. Rezydenci, którzy już zaczęli renegocjować porozumienie sprzed dwóch lat, nie ukrywają, że chcieliby zmienić i ten jego zapis, m.in. podwyższając wymienioną w nim kwotę. A NFZ, który przekazuje pieniądze na podwyżki dla lekarzy, zaczął weryfikować, czy wszyscy dotrzymują zobowiązań.

Złamane zasady?

Niektórzy dyrektorzy szpitali dostali już pisma informujące, że wskazani w nich pracownicy nie wywiązują się z warunków lojalki. Poinformował o tym Łukasz Jankowski, szef stołecznej izby lekarskiej, a jednocześnie jeden z negocjatorów zawartego w 2018 r. porozumienia. Od razu zwrócił się do dyrektora mazowieckiego oddziału NFZ z prośbą o szczegółowe informacje. Jak mówi, pisma z funduszu dostały nie tylko szpitale na Mazowszu – podobne sytuacje mają miejsce w całej Polsce.

– Te pisma są bardzo enigmatyczne. Jest tam tylko napisane, że u wymienionych lekarzy stwierdzono naruszenie zobowiązania. Lekarze się do nas zgłaszają, bo są w kropce – nie wiedzą, o jakie naruszenia chodzi, co konkretnie zrobili, zatem trudno im się nawet bronić – zwraca uwagę Łukasz Jankowski.

Jego zdaniem ze względu na zawiłość przepisów oraz wątpliwości interpretacyjne ustawy każdy przypadek podejrzenia niewywiązywania się przez lekarza ze zobowiązania powinien być rozpatrywany indywidualnie. – Zatem kierowane na tym etapie roszczenia mogą okazać się niezasadne, a ich jednoznaczne potwierdzenie w mojej ocenie może wynikać jedynie z prawomocnego orzeczenia sądowego – dodaje.

I zastanawia się, jaki jest cel funduszu – poza oczywistym, czyli odzyskaniem pieniędzy.

Tylko sprawdzają

Fundusz twierdzi, że przepisy nakładają na niego obowiązek monitorowania, czy lekarze nie łamią warunków lojalek. – Weryfikacja zobowiązań odbywa się na podstawie danych sprawozdanych do NFZ. Dane te otrzymują poszczególne oddziały, gdzie następnie są analizowane. W przypadku ujawnienia nieprawidłowości dyrektor oddziału NFZ zwraca się o wyjaśnienia do tych placówek, w których wykryto, że lekarz, mimo złożonej deklaracji, udzielał świadczeń w innym podmiocie. Nie wysunięto żadnych roszczeń. Wyjaśniamy poszczególne przypadki – zapewnia Biuro Komunikacji Społecznej Centrali NFZ.

A mazowiecki oddział dodaje, że w wyniku analizy ustalono, iż nieprawidłowości dotyczą 71 lecznic, do których zostały przesłane informacje o lekarzach, którzy udzielali świadczeń u innego świadczeniodawcy, wbrew złożonemu zobowiązaniu. – Do końca lutego prowadzony jest proces wyjaśniający, pozostajemy w kontakcie z podmiotami, jak również z lekarzami, których problem dotyczy, i na obecnym etapie trudno mówić o jakichkolwiek roszczeniach – potwierdza Andrzej Troszyński, rzecznik mazowieckiego NFZ.

Z kolei oddział świętokrzyski informuje, że – zgodnie z ustawą oraz zarządzeniem prezesa NFZ (z 23 sierpnia 2018 r.) – dwa razy do roku monitoruje, czy lekarze dotrzymują zobowiązań wynikających z lojalek. Podczas ostatniego takiego okresu sprawozdawczego (drugie półrocze 2019 r.) wyjaśniał 35 takich przypadków.

Jak rozstrzygać wątpliwości?

To jednak nie uspokaja lekarzy. Jak podkreśla bowiem Łukasz Jankowski, już na wstępnym etapie izba ustaliła, że niektóre wskazane przez NFZ przypadki są trudne do jednoznacznego sklasyfikowania. – Oczywiście osoby, które świadomie fałszywie złożyły te oświadczenia, powinny być piętnowane i muszą oddać pieniądze, ale boję się, że przy tej okazji oczernionych może zostać kilku innych i ich zamierzamy bronić. Wiemy o przypadkach lekarzy, którzy nie wiedzą, o jakie zastrzeżenia chodzi, wiemy o lekarce, która pracuje w jednym miejscu, a w innym kształci się na wolontariacie. Dlatego zwróciłem się z prośbą o informacje, w których konkretnie punktach zobowiązanie zostało złamane – mówi szef stołecznego samorządu.

Jego obawy potwierdza Bartosz Fiałek z zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL) – on również już bowiem otrzymał zgłoszenia lekarzy, od których dyrektorzy – na wniosek NFZ – zażądali zwrotu pieniędzy. Tymczasem przy podpisywaniu zobowiązania zapewniono ich, że praca wykonywana poza macierzystym szpitalem nie stoi w sprzeczności z zapisami ustawy. Jeden z takich przypadków dotyczy przyszpitalnej poradni – co od początku budziło wiele wątpliwości (czy traktować to jako pracę w szpitalu).

– Jeśli są niejasności, trzeba się odwoływać i pisać prośby o wyjaśnienia. Tym bardziej że w pismach NFZ mowa jest tylko o złamaniu zobowiązania wynikającego z ustawy, nie ma informacji, na czym konkretnie to polega. Fundusz powinien to doprecyzować. A jeśli lekarz się z tą interpretacją nie zgadza, może iść do sądu – mówi Bartosz Fiałek.

Rafał Janiszewski, właściciel kancelarii doradzającej placówkom ochrony zdrowia, potwierdza, że jeśli NFZ stwierdzi złamanie porozumienia, ma prawo domagać się zwrotu wypłaconych na ten cel środków. Potwierdza też jednak to, na co wskazuje środowisko lekarskie – przepisy dotyczące lojalek są niejednoznaczne i jako takie trudne to wyegzekwowania. Jak przyznaje, sam ma w tej chwili kilka takich spornych przypadków.

– Z całą pewnością będzie sporo spraw, które będą musiały zostać rozstrzygnięte przez sąd – mówi. I choć – jak podkreśla – prawo powinno być maksymalnie precyzyjne, by nie trzeba było wydawać do niego interpretacji, to jednak lekarzom, którzy obawiają się, by ich zobowiązania nie zostały niesłusznie zakwestionowane, radzi, by właśnie do wydanych przez ministra interpretacji się odwoływali. Z nich się da bowiem wyczytać intencję ustawodawcy.