statystyki

Janas-Kozik: Izba przyjęć nie może być całodobową poradnią psychiatryczną [WYWIAD]

autor: Mira Suchodolska01.03.2019, 07:29; Aktualizacja: 01.03.2019, 15:50
Szpital Babińskiego w Krakowie. Sala na oddziale psychiatrii

Szpital Babińskiego w Krakowie. Sala na oddziale psychiatriiźródło: PAP
autor zdjęcia: Jacek Bednarczyk

80 proc. wszystkich środków przeznaczanych na psychiatrię wieku rozwojowego pochłania lecznictwo całodobowe, czyli szpitale i oddziały psychiatryczne dla dzieci i młodzieży. Tak poukładany system musiał znaleźć się na skraju przepaści. O sytuacji w publicznej psychiatrii z Małgorzatą Janas-Kozik, rozmawia Mira Suchodolska.

Z atłoczone oddziały, na których liczba chorych regularnie przekracza 130 proc. zakontraktowanych miejsc, pacjenci śpiący na porozkładanych na korytarzach materacach. Zestresowany personel, lekarze, którzy co i raz grożą zwolnieniem. I czasem – tak jak to było w przypadku podwarszawskiego Józefowa – realizują swoje groźby. Niedawno wypowiedzenia złożył zespół pracujący w stołecznym Dziecięcym Szpitalu Klinicznym na oddziale psychiatrii wieku rozwojowego… Tak jest w całej Polsce: brak pieniędzy na psychiatrię dzieci i młodzieży, brak specjalistów, którzy chcieliby się tym zajmować, wielotygodniowe kolejki do gabinetów lekarskich.

Remedium na te problemy ma być wdrażana reforma, która zakłada zmianę podejścia do sposobu leczenia. I do wydawania pieniędzy. W dotychczasowym systemie najwięcej środków szło na opiekę szpitalną – w ubiegłym roku było to 112,4 mln zł. Na świadczenia ambulatoryjne (przychodnie) – 73 mln zł, natomiast na dzienną formę udzielania pomocy (np. dzienne oddziały) – niecałe 32 mln zł. Teraz na psychiatrię dziecięcą będzie w ogóle więcej pieniędzy – 215,7 mln zł, o 22 mln więcej niż w roku poprzednim. Inaczej też zostaną rozdzielone te środki: więcej pójdzie na leczenie środowiskowe – w poradniach czy na oddziałach dziennych.

Szpitale to worek bez dna: w 2017 r. obsłużyły zaledwie 7,09 proc. pacjentów, podczas gdy poradnie zdrowia psychicznego ponad 74 proc. Ale, jako że trudno było się dostać do lekarza w trybie ambulatoryjnym, pacjenci szturmowali izby przyjęć w szpitalach. Często było też tak, że z powodu niemożności otrzymania pomocy w przychodni młody człowiek trafiał do szpitala już w poważnym stanie. Teraz gros leczenia (I poziom referencyjności) ma się odbywać blisko dziecka, będą tworzone ośrodki środowiskowej opieki dla dzieci i młodzieży, gdzie wsparciem będą służyli specjaliści ze szkół, terapeuci środowiskowi, psychoterapeuci. Na II poziomie znajdą się środowiskowe centra zdrowia psychicznego dla dzieci i młodzieży, w nich zatrudnienie znajdą psychiatrzy i psychologowie kliniczni. W centrach będą też funkcjonować oddziały dzienne. Wreszcie na III poziomie będą ośrodki wysokospecjalistycznej całodobowej opieki psychiatrycznej, czyli szpitale kliniczne.

Według resortu zdrowia szacunkowy koszt stworzenia nowego modelu ochrony zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży (przy założeniu funkcjonowania centrum wsparcia dziecka w każdym powiecie) waha się od 600 mln zł do 900 mln zł. W dłuższej perspektywie taka inwestycja się opłaca. – Leczenie dziecka w stacjonarnym całodobowym oddziale jest najdroższą formą terapii, ponad 2,5 razy droższą niż leczenie w dziennym oddziale rehabilitacyjnym i ponad 20 razy droższą niż leczenie ambulatoryjne w poradni zdrowia psychicznego – komentuje Dorota Surma-Kuś, dyrektor ds. ekonomiczno-administracyjnych Centrum Pediatrii w Sosnowcu .

Ile czasu minęło, od kiedy zaczęła pani szefować swojemu oddziałowi, do chwili, gdy postanowiono zreformować psychiatrię dzieci i młodzieży w Polsce?

Sporo. Sosnowiecki oddział psychiatrii dzieci i młodzieży powstał 1 grudnia 1999 r., było w nim zaledwie 15 łóżek, a do tego niewielka poradnia. Rozrastał się – dziś mamy 62 łóżka – zmieniał, przybył oddział dzienny, a od 2012 r. jesteśmy oddziałem klinicznym. Ale tym, co nas wyróżnia spośród innych placówek tego typu, są terapeutyczne zespoły mobilne – psychoterapeuci jeżdżą do domów, do środowiska, w którym żyje młody człowiek. Pragnę jednak podkreślić, iż w chwili obecnej oferta terapeutycznych zespołów mobilnych jest kierowana jedynie do pacjentów objętych projektem EU finansowanym z Europejskiego Funduszu Społecznego, którego celem jest deinstytucjonalizacja opieki zdrowotnej, a dokładnie zmniejszenie lub zapobieżenie rehospitalizacjom. Objęci są nim jedynie pacjenci z dwóch powiatów – sosnowieckiego i dąbrowskiego, którzy opuścili oddział po leczeniu całodobowym. Dla tych pacjentów działa również infolinia od 8.00 do 20.00 od poniedziałku do piątku. Udało nam się stworzyć coś, co teraz w założeniu reformy będzie przenoszone na cały kraj – mechanizm, który zakłada, że młodzi ludzie będą uzyskiwali pomoc w swoim środowisku, tam, gdzie mieszkają, żyją, uczą się. Kiedy zaczną mieć problemy ze sobą, będą mogli szybko skorzystać z pomocy psychologa albo psychoterapeuty, nie czekając, aż ich stan się pogorszy. A kiedy już się zdarzy, że będą musieli być hospitalizowani, to po wyjściu ze szpitala zostaną otoczeni taką opieką, by nie musieli – poza pojedynczymi przypadkami, których nie da się uniknąć – wracać na oddział. Prawdę mówiąc, głównym celem reformy jest leczenie w środowisku pacjenta. Bo każdy pobyt w szpitalu jest ostatecznością, a jego powtórka – porażką, która drogo kosztuje. I mam na myśli nie tylko budżet NFZ, lecz także koszty społeczne.

O tym, że skuteczniej i taniej jest przenieść opiekę psychiatryczną bliżej naturalnego środowiska pacjenta, wiadomo od dawna. Ale jak pani wpadła na pomysł mobilnych zespołów terapeutycznych?

Czasem wystarczy odkurzyć jakiś pomysł, byle we właściwym momencie. O tym, że leczenie młodych pacjentów powinno właśnie tak wyglądać – w postaci doglądania ich we własnym środowisku – dowiedziałam się podczas stażu, kiedy robiłam specjalizację z psychiatrii dzieci i młodzieży. Jednym z moich nauczycieli była prof. Maria Orwid, prekursorka terapii rodzinnej, jedna z pierwszych kobiet lekarzy, które w Polsce zajmowały się psychiatrią. Założyła pierwszą w Polsce Klinikę Psychiatrii Dzieci i Młodzieży w Krakowie, którą kierowała do 2000 r. I to ona wymyśliła model multiprofesjonalnych zespołów w psychiatrii. Kiedy robiłam u prof. Orwid staż specjalizacyjny, w ramach hospitalizacji domowej jeździliśmy do pacjentów: czasem prywatnymi samochodami, częściej komunikacją miejską. Wchodziliśmy do domów, poznawaliśmy członków rodziny, całe otoczenie młodego człowieka. Kiedy zna się kontekst, a nie samą chorobę, to można skuteczniej budować interwencje.

Jeśli pomysł nie jest nowy, to dlaczego dopiero od niedawna zaczęła go pani wdrażać w swojej klinice? I dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł?


Pozostało jeszcze 65% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane