Zagonieni, pełni obaw o pracę, z życiem na kredyt i sypiącymi się relacjami potrzebowaliśmy czegoś, co pozwoli nam biec dalej. Te pigułki stanowiły idealne remedium. Dopóki nie odkryto drugiej strony medalu – że uzależniają.

Przywiązują do siebie człowieka tak mocno, że sam nie jest w stanie się wyzwolić. W Polsce nie ma kontroli nad spożyciem tych leków. Owszem, są do kupienia na specjalną receptę. Ale dostanie jej u jednego lekarza, a potem drugiego i trzeciego nie stanowi większego problemu. Bo drugi, trzeci i każdy kolejny nie ma pojęcia, że poprzednik wypisał już lek.

Tabletka, dzięki której żyję

– Moja historia? Jest pewnie jedną z tych, jakich wiele – mówi Andrzej. Nie chce podawać nazwiska, bo ciągle w branży jest rozpoznawalny. A on nie ma ochoty na to, by wytykano go palcami.

Początkowo praca na swój sposób mu pomagała, trzymała w ryzach: musiał wstać, ubrać się i wyjść do biura. Cios, który sprawił, że trafił w końcu do psychiatry? Rak matki. Uczył się tej choroby, ale żeby wspierać mamę, która czasem wyła z bólu, dostał leki przeciwlękowe. Zanim połknął pierwszą tabletkę, potrafił całymi dniami wpatrywać się w jej łóżko albo biurko w pracy. Bezradność, apatia, obojętność. Wstać, zjeść, ubrać się. Skoro umrzemy, to nic nie ma sensu, więc po co się szarpać? – Ale ruszyłem d..ę, bo wiedziałem, że jak stracę pracę, to nie będzie mnie stać na dodatkową opiekę dla mamy – opowiada. Wtedy jeszcze wierzył, że wygrają z chorobą. Ale ona zmarła we śnie, a on został sam. Ze swoimi lękami i tabletkami. – Nie mogłem ich już wtedy odstawić.

Poznał kobietę. – Była gwiazdką z nieba zesłaną przez mamę. W każdym razie tak wtedy myślałem – uśmiecha się. Nadała jego życiu sens. Ale miała też problem z alkoholem. Zmusił ją, by przestała pić. A jego tabletki? Brał dalej, bo biegając między pracą a domem, musiał być silny. W kolejnym roku znajomości okazało się, że ona ma tego samego zjadliwego raka co mama. – Znów się łudziłem. Żeby oszukiwać się skuteczniej, zwiększyłem dawki leku. W pracy awansowałem. Determinacja z życia udzieliła się w robocie. Nieustępliwy negocjator, kreatywny. Idealny biały kołnierzyk – ironizuje na wspomnienie dawnego siebie.

Jego partnerka też zmarła. A w pracy zmienił się dyrektor, który uznał, że Andrzej się wypalił – i zwolnił go. Dostał półroczną odprawę. Z biura, w którym przepracował prawie siedem lat, wyszedł z niewielkim kartonem. Zmieściło się w nim całe jego zawodowe królestwo. – Dziś żyję tylko dlatego, że miałem przy sobie tabletki – przekonuje. – Dzięki nim mogłem patrzeć na życie z boku, jakby dotyczyło innego faceta, nie mnie. Jakiegoś nieudacznika, któremu świat się posypał.

Dopiero niedawno dotarło do niego, że robi sobie krzywdę. Że decyzje, które podejmuje pod wpływem tabletek, nie są tak naprawdę jego, bo leki zaburzają racjonalne myślenie. – Gdy żyła moja dziewczyna, marzyliśmy o wspólnym mieszkaniu. Upatrzyliśmy jedno, zrobiliśmy projekt. Po jej śmierci kupiłem to mieszkanie i wyremontowałem. Czułem się tak, jakbym ją wskrzeszał. Wziąłem kredyt, poświęciłem oszczędności. Nie myślałem, z czego potem się utrzymam – opowiada.

Otrzeźwienie przyszło, gdy otworzył lodówkę i zobaczył, że jest pusta. On, jeszcze niedawno świetny menedżer od strategii medialnych, pożyczał pieniądze od przyjaciela, by przeżyć. „Muszę odstawić tabletki, pójść na terapię, zamiast naciągać psychiatrów na kolejne recepty” – postanowił w nagłym przypływie sił. Ale zaczął za ostro. Przez trzy dni nie brał tabletek. Lęki dopadły go z taką siłą, że czuł fizyczny ból. Głowy, nóg. Rwało go całe ciało. Poddał się. Wyszedł z apteki i pierwszą tabletkę połknął jeszcze na ulicy. Po chwili czuł rozlewającą się błogość. – Spróbuję jej nie ulec, będę zmniejszał dawkę – mówi teraz ostrożnie. – Może za rok, półtora leki nie będą mi potrzebne. Gdybym tylko znalazł pracę i znów poczuł się potrzebny…

Bez kontroli, bez nadzoru, bez umiaru

– Zaburzenia lękowe są dziś na świecie często występującą dolegliwością. Co czwarta osoba ma w swoim życiu okres, który spełniał ich kryterium – mówi prof. Piotr Gałecki, psychiatra, konsultant krajowy w tej dziedzinie. Skuteczną formą kuracji są leki przeciw depresyjne (to najczęściej selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny, SSRI). Jednak zaczynają działać powoli, po dwóch–trzech tygodniach. Żeby pacjent odczuł poprawę, już na początku stosuje się leki z grupy benzodiazepin, np. alprazolam. Ponieważ szybko redukuje objawy lęku, łatwo można się od niego uzależnić.

– Stosując właściwą strategię leczenia, po maksymalnie dwóch tygodniach zaleca się odstawianie alprazolamu, bo zaczynają działać preparaty przeciwdepresyjne. Ale tak się nie dzieje, często nie jest odstawiany – mówi prof. Gałecki. Widzi przynajmniej trzech winnych. To pacjent, lekarz i system. Po pierwsze, niektórzy wolą chodzić na skróty: biorą tabletkę zamiast pójść na psychoterapię. Ta ostatnia wymaga czasu, ale przede wszystkim gotowości do pracy nad sobą i zmiany. Po drugie, lekarze i ich chęć uzyskania szybkiego efektu terapeutycznego. Po trzecie, jeśli chodzi o nadużywanie leków, które mogą uzależniać, znacząco ułatwiłaby sprawę centralna elektroniczna recepta, coś na wzór systemu eWUŚ. – Można by sprawdzić nie tylko to, czy osoba jest ubezpieczona, ale też na jakie leki, w jakiej dawce i kiedy została wypisana jej recepta. To ukróciłoby nadużycia – przekonuje profesor. I podkreśla, że dziś częstym problemem jest to, że pacjenci korzystają i chodzą do kilku, nawet kilkunastu lekarzy, byle tylko zdobyć lek.

Wtóruje mu dr Maciej Matuszczyk z Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. – Recepta na leki psychotropowe różni się nieco od zwykłej. Lekarz musi uwzględnić na niej bardzo dokładną ilość wypisywanej substancji i podać ją w miligramach. Ale to jedyne ograniczenie, bo nie ma systemu, który monitorowałby, co dzieje się dalej – mówi. I przekonuje, że z technicznego punktu widzenia powinno być to proste. Każda recepta jest wpisywana do systemu przez apteki. Powiązanie grupy leków z konkretnym PESEL-em nie stanowi problemu.

W dobie RODO na przeszkodzie może stanąć dostęp do danych wrażliwych. – Ale jako lekarz mam przecież umowę z NFZ na korzystanie z systemu eWUŚ. Wrzucam dane pacjenta i wyświetla mi się na zielono, gdy jest ubezpieczony, lub na czerwono – gdy nie jest. Jest i inny elektroniczny system ZUS-ZLA do wypisywania zwolnień. Dzięki niemu wiem, gdzie człowiek jest zatrudniony i gdzie mieszka. Mogę te dane wykorzystać tylko na potrzeby wykonywanego zawodu. Ponadto obywatel mający konto w ZUS PUE otrzymuje informację o każdym dostępie do swoich danych. Podobna kontrola mogłaby dotyczyć e-recepty – tłumaczy Matuszczyk.

Estetyczne uzależnienie? To tylko pozory

Problem pozostaje więc nierozwiązany, a ludzi, którzy dzięki psychotropom funkcjonują w życiu i pracy, przybywa. I choć nie ma oficjalnej liczby, psychiatrzy widzą to po ruchu w gabinetach. – Podłożem są oczywiście stresy. Niektóre były z nami od zawsze. Śmierć kogoś bliskiego, utrata ciąży. Ale od trzech–czterech lat nasiliły się objawy psychosomatyczne związane z nagłym zwolnieniem z pracy i mobbingiem. To zdecydowanie dwie najczęstsze przyczyny, dla których dziś ludzie trafiają do mojego gabinetu – mówi dr Kinga Jaworska, psychiatra.

Większość jej pacjentów nie rozumie, dlaczego pracodawca tak się z nimi obszedł. Usłyszeli: „Przestała pani być dla nas osobą wiarygodną”. Albo: „Nie jest pani dłużej osobą godną naszego zaufania”. – Kiedyś spytałam znajomego adwokata, skąd się bierze nagły wysyp przejawów nieufności u szefów, odpowiedział, że przecież zaufanie to rzecz względna, więc trudno udowodnić, że się je miało lub straciło.

– Ludzie są przywiązani do pracy jak chłopi pańszczyźniani do ziemi. Boją się, że ją stracą lub nie będą mieli zapłacone za nieobecność, bo są zatrudnieni na umowę-zlecenie. Źle się czują, nie biorą zwolnień, choć głowa wysyła im kolejne sygnały alarmowe – przekonuje z kolei Teresa Kowalik, lekarz rodzinny. – Mam do czynienia z osobami, które są w stanie zaakceptować u siebie każdą, najgorszą nawet diagnozę poza tą, że mają depresję czy stany lękowe. Lądowali na SOR kilka razy z podejrzeniem zawału serca, niezliczoną ilość razy robili EKG…

Gdy pacjent dostanie pierwszą tabletkę leku typu xanax (substancją czynną jest w nim alprazolam), nagle świat staje się lepszy. Zaczyna działać błyskawicznie, efekt utrzymuje się do czterech godzin. To powinno wystarczyć, by usunąć nagły atak lęku. Gorzej, jeśli pacjent w tym stanie błogości się rozsmakuje. – Trafiła do mnie pacjentka uzależniona od benzodiazepin – opowiada prof. Piotr Gałecki. – Gdybym nagle postanowił, że nie wypiszę jej recepty, byłoby to dla niej niebezpieczne. Zespół abstynencyjny przy tych lekach to napad padaczkowy, tachykardia, wzrost ciśnienia, udar, zaburzenia świadomości, a do tego wszechogarniający potężny ból. Najpierw prosiłem, by poszła na odwyk. W tym przypadku w grę wchodziło tylko leczenie szpitalne. Ale ta kobieta ma trudną sytuację osobistą i to po prostu było niewykonalne. Zawarliśmy więc kontrakt terapeutyczny, formę umowy cywilnoprawnej, w której ona zobowiązuje się do powolnego schodzenia z dawek. A ja z czasem będę jej zmieniał leki na te nieco bezpieczniejsze, o dłuższym działaniu.

Psychiatrzy ostrzegają, że wyciszanie lęków tabletkami jest niebezpieczne. Przede wszystkim dla osób, które wcześniej próbowały to robić z pomocą używek, choćby alkoholu. – Czasem próbując zerwać z alkoholem, by lepiej funkcjonować w pracy, pacjent sięga właśnie po benzodiazepiny. Bywa, że stosuje te rzeczy zamiennie. Razem tworzą mieszankę wybuchową, wzmacniając swoje działanie – ostrzega prof. Gałecki.

– Uzależnienie od leków jest pozornie estetyczne. Człowiek nie cuchnie przetrawionym alkoholem, nie ma zaczerwienionej twarzy, przytępionego spojrzenia. Jeśli policja złapie go do kontroli, alkomat ani drgnie. Ale to pozory, bo jedna tabletka daje efekt jak po małym piwie – ostrzega dr Matuszczyk. Również w jego odczuciu ludzi uzależnionych przybywa. Wylicza, że lek nie jest refundowany, a cena za opakowanie alprazolamu, w zależności od dawki w miligramach, waha się od 25 do 85 zł. Miał niedawno pacjenta, który na leki wydaje 1,5 tys. zł miesięcznie. I nie jest to szczególnie rzadki przypadek.

Samotność w wielkim mieście

– Nie biorę tabletek. Boję się, bo kiedyś łykałam ich za dużo i mogłoby się to powtórzyć. Lęki, które mam, wynikają z pracy, sytuacji i… – opowiada Magdalena. Jest lekarzem, zna medyczne konsekwencje takiego „leczenia”. Czasem rano, przed wyjściem do gabinetu, siedzi w kuchni nad kawą i dygoce. Albo wieczorem chodzi po mieszkaniu, nie mogąc znaleźć miejsca. – Wystarczyłoby, żebym sobie wypisała receptę. Mam świadomość, że jak będzie mi bardzo źle, zrobię to.

Suma lęków i niepokojów, jakie w niej siedzą, jest olbrzymia. – Niedawno skończyłam 55 lat. Nie będę drugi raz młoda, sprawniejsza, w pracy odczuwam rosnące zmęczenie, a pracodawca nie odpuszcza, bo konkurencja na rynku jest spora. Wiem, że na moje miejsce w prywatnej przychodni czekają młodsi lekarze. A kontakty zawodowe poza nią jakoś mi się pourywały. Samotność w wielkim mieście jest czymś przytłaczającym – mówi.

Tłumaczy, że jej niepokoje nie biorą się z tego, że ktoś ją źle zrozumiał. Jest gorzej. Ich przyczyną jest to, że stała się przezroczysta. Córki dorosły, mają swoje życie i swoje problemy, mąż jest gdzieś obok. – Gdy wracam z pracy i nie mam ochoty na zabawę z wnukami, kwitują: „Ot, babcia znów ma chandrę”.

Z biura na odwyk

– Chandra? Nie bierze się znikąd – zauważa dr Jaworska. – Organizm wystawiony na ciągły stres i lęki wysyła sygnały. Bóle w klatce piersiowej, ucisk w niej. Czasem serce przyspiesza, zaczyna walić jak oszalałe. Do tego uczucie duszenia, wrażenie, jakby zaraz miało nam zabraknąć powietrza.

Psychiatra wylicza dalej: problemy z jedzeniem. Kęs posiłku staje w gardle, nie możemy go przełknąć. Przechodzimy na dietę półpłynną, potem płynną. Zaczynają się biegunki lub zaparcia. Zespół drażliwego jelita z bólem promieniującym na inne narządy. Tymczasem gastroskopia nie wykazuje nieprawidłowości. I coś, co kompletnie nie kojarzy się z sygnałami wysyłanymi przez głowę: bóle stawów. Raz jest to kolano, raz łokieć, innym razem wszystkie żebra. Do tego silne bóle głowy. – Ludzie zaczynają szukać diagnozy po omacku. I gdy przychodzą do mnie, są niemal pewni, że mają raka. Trudno im uwierzyć, że do takiego stanu doprowadził ich długotrwały lęk – dodaje dr Jaworska.

Magazyn DGP 26.10

Magazyn DGP 26.10

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jej zdaniem to, co w Ameryce trwa od kilku dekad – życie w ciągłym stresie, teraz dotarło do Polski. Poczucie zagrożenia, niepewność w pracy, a do tego coraz szersza gama łatwo dostępnych preparatów. Jaki to będzie miało na nas wpływ? – Na pewno przybędzie ludzi, których należałoby wysłać na odwyk. Poza tym dopiero dowiadujemy się, jakie mogą być konsekwencje długotrwałego przyjmowania benzodiazepin. Jedne z badań sugerują, że prowadzą do zaburzeń pamięci i torują drogę chorobie Alzheimera – dodaje Jaworska.

O skali problemu alarmują więc coraz głośniej lekarze, głównie psychiatrzy. Musi zostać wprowadzona kontrola liczby zjadanych przez ludzi tabletek – przekonują. Bo na razie instytucje państwowe, jak Ministerstwo Zdrowia czy Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, nie prowadzą statystyk. Danych, które mogą częściowo obrazować sytuację, dostarcza firma Iqvia (dawne IMS) zajmująca się m.in. analizą informacji medycznych dla komercyjnych klientów. W całym 2017 r. na benzodiazepiny wydaliśmy w aptekach ponad 265 mln zł. To o 30 mln więcej niż 10 lat wcześniej.

– W większości ludzie sami z siebie nie sięgnęli po te leki. Nie jesteśmy narodem ćpunów. Pcha nas ku temu sytuacja na rynku pracy, bo ona jest dobra tylko w teorii i podczas politycznych wieców. 90 proc. moich pacjentów to pracownicy biurowi różnych branż. Dobrze, żeby te dane dotarły do pracodawców. Może zdarzy się cud i zrozumieją, że na zalęknionym i zahukanym człowieku nie zbudują sukcesu firmy – ucina dr Jaworska.