Obecny model światowej produkcji rolnej opiera się na przemysłowej hodowli zwierząt i monokulturowej uprawie przeznaczanych przede wszystkim na paszę dla nich roślin, która wpływa negatywnie na bioróżnorodność (znikają kolejne gatunki roślin i zwierząt dzikich) i klimat. Czy nowoczesna produkcja żywności może być etyczna? Czy możemy bez metod przemysłowych dostarczyć ludziom pożywienia i czy może ono mieć dobrą jakość? Czy możemy jako ludzkość zrezygnować ze spożywania mięsa? Jeśli tak, to czym je zastąpić, a jeśli nie, to jak go dostarczyć bez powodowania zbędnego cierpienia zwierząt i dewastacji środowiska naturalnego? Kto odegra największą rolę w zmianie, która – jak się wydaje – już trwa? Zapytaliśmy o to uczestników debaty „Przemysłowa produkcja i hodowla a współczesna etyka”.

Michał Rzytki: Produkujemy żywność różnymi metodami, na różnych warunkach w różnych krajach, dlatego też nie można oceniać procesu jej produkcji w kategoriach zero-jedynkowych, czarno-białych. Trzeba też pamiętać nie tylko o systemie produkcji, lecz także o dystrybucji. W krótkich kanałach dystrybucji, czyli przy bezpośredniej sprzedaży przez producentów, klienci przychodzą do danego sprzedawcy, bo go znają i mu ufają. Wtedy też sprzedawca czuje się zobowiązany wobec klienta – nie sprzeda mu towaru, który nie ma odpowiedniej jakości. W tej sytuacji współczynnik etyczności na pewno będzie na dużo wyższym poziomie niż w rozbudowanych systemach dystrybucji, gdy nie zawsze do końca konsument ma informację, skąd towar przyjechał i w jakich warunkach został wytworzony. Pomiędzy tymi skrajnymi modelami są oczywiście jeszcze rozwiązania pośrednie. Porównajmy przy tym przepisy w UE i innych regionach świata: Rosji, Chinach czy Brazylii. My, kraje Wspólnoty, nakładamy na siebie ograniczenia, mówimy o dobrostanie zwierząt, a na światowym rynku przychodzi nam konkurować z tymi, którzy ich nie stosują.

Szansą jest według mnie edukacja konsumencka. Klienci zaczynają czytać etykiety, interesować się tym, co jedzą i skąd pochodzi to jedzenie. Resort rolnictwa zachęca konsumentów, by sprawdzali pochodzenie żywności, by zastanawiali się, jaką drogę musiała pokonać, by znaleźć się w polskim sklepie – kilkadziesiąt czy tysiąc kilometrów.

Jakub Jasiński: Musimy robić wszystko, żeby wykarmić coraz większą liczbę ludności na świecie. To oczywiste. Jednym z problemów jest to, że produkujemy żywność w nadmiarze, a nie dociera ona tam, gdzie jest najbardziej potrzebna.

Hołduję zasadzie, że jesteśmy tym, co jemy i że żywność powinna być najwyższej jakości, ale jestem przekonany, że bez produkcji masowej nie jesteśmy dziś w stanie wyżywić ludzkości. Dla mnie problem polega na tym, że w Ameryce, a coraz częściej także w Europie i Azji uprawy są genetycznie modyfikowane. I nie chodzi o sam fakt istnienia roślin modyfikowanych, bo te istniały odkąd człowiek zaczął zajmować się rolnictwem i krzyżować rośliny oraz zwierzęta. Do tej pory jednak zmiany były wprowadzane mniej laboratoryjnie – dziś robi się je szybko i niestety często zachowuje się przy tym mało etycznie. Są rejony świata, w których ludzie cierpią głód, a badania GMO nie idą w tym kierunku, żeby zboża czy kukurydzę można było uprawiać np. na suchych terenach, tylko żeby uodpornić uprawy na środki ochrony roślin, np. glifosad, czyli główny składnik Roundapu, który drastycznie rozprawia się ze wszystkimi roślinami, chwastami, które nie są na niego genetycznie uodpornione. Chodzi o to, żeby firma produkująca nasiona i środki ochrony roślin mogła dwukrotnie zarobić. Okazało się, że trucizna przenikała do roślin, które jedli ludzie bezpośrednio lub zwierzęta hodowlane. Do tego obwarowuje się rolników restrykcyjnymi umowami, które każdorazowo każą im kupować nasiona na kolejne siewy. To 100 proc. kalkulacji i 0 proc. etyki. Nie stawiajmy jednak sprawy tak, że każda produkcja masowa jest nieetyczna. Można się przy niej zachowywać etycznie, tylko nie wszyscy to robią.

Drugi przykład: pomór pszczół. Wiemy, że kolejna substancja używana do ochrony roślin – neonikotynoidy – powoduje, że pszczoły tracą orientację, a tak naprawdę umierają. W 2008 r. we Włoszech po raz pierwszy zakazano jej stosowania na rok, przy oburzeniu europejskiej agencji, która dopuściła jej stosowanie, i firm chemicznych. Okazało się, że liczba wyrojeń po roku zmniejszyła się ze 186 do 3. W Polsce dopuszczono neonikotynoidy okresowo dla ratowania plantacji rzepaku na Kujawach w czasie suszy. Nie wchodźmy w dyskusję, czy minister rolnictwa miał rację, dopuszczając je czasowo, czy nie. Jedno jest pewne: 10 lat temu wszyscy spożywaliśmy substancję, która dzisiaj jest zakazana. To pokazuje nieetyczne zachowania koncernów, które rządzą się tylko rachunkiem zysków na masowej produkcji żywności.

prof. dr hab. Wojciech Pisula: Kilka fundamentalnych problemów do rozwiązania na poziomie dużych populacji stanowi barierę bezpieczeństwa żywnościowego – i ilościowego, i jakościowego zapewnienia ludziom odpowiedniego żywienia. W skali makro, ale także w mniejszych skalach, niewidzialna ręka rynku działa źle, jeśli chodzi o produkcję zwierzęcą. To jest problem, z którym musimy się zmierzyć w skali globalnej. Chodzi o to, że bardzo często to, co poprawia efektywność, czyli działa w skali krótkoterminowej, jest dokładnym przeciwieństwem tego, do czego w produkcji zwierzęcej powinniśmy dążyć. Przemysłowa produkcja mięsa jest skazana na działania, które pozwalają temu modelowi działać, ale oddziałują negatywnie zarówno na środowisko, jak i na jakość żywności w dłuższej perspektywie, a także stanowią coraz większy problem w relacjach społecznych – zainteresowanie losem zwierząt jest bowiem coraz większe i ten problem przebił się już do dyskursu społecznego. Po pierwsze współczynnik konwersji paszy na mięso, czyli miara, ile jednostek wagowych karmy trzeba włożyć, żeby otrzymać jedną jednostkę wagową mięsa, kiedyś wynosił około 6, dziś w przypadku drobiu schodzimy poniżej 2. Jak to możliwe? Dzięki temu, że proces został niesamowicie stechnicyzowany. Używane rasy są sprofilowane pod kątem przyrostu masy mięśniowej. To dobrze dla produkcji, ale te zwierzęta cierpią nawet bez dodatkowego specjalnego okrucieństwa czy winy człowieka. Podkreślają to już lekarze weterynarii. Drugi problem: kiedy na małej przestrzeni gromadzi się tysiące osobników, nie ma możliwości, żeby chronić ich przed infekcjami. Nie istnieje bariera sanitarna, która by wystarczyła bez profilaktycznego użycia antybiotyków. Szacuje się, że w USA 70 proc. antybiotyków zużywanych jest w hodowlach zwierząt. Wracamy do niewidzialnej ręki rynku: producenci są pod presją obniżania kosztów i zapewnienia niskiej ceny produktom żywnościowym.

Większość ludzi wciąż pożąda taniego mięsa, co ma swoje korzenie w ewolucji człowieka. Trudno powiedzieć ludziom, żeby się od tych korzeni odcięli i po prostu przestali jeść mięso. Spożycie mięsa na głowę przez II połowę XX i początek XXI w. z wyłączeniem wołowiny nieustająco rośnie. Najszybciej drobiowego, bo intensywność produkcji jest największa. Rośnie też liczba konsumentów. Trzeba sobie powiedzieć, że na dłuższą metę ta spirala musi się załamać. Kluczem jest według mnie stopniowe zmienianie przyzwyczajeń konsumentów.

Kiedy Unia wprowadzała zakaz hodowli klatkowych kur, opór naszych władz był ogromny. To przykład tego, że system jest oporny, nie można jednak powiedzieć, że w Polsce nie robi się nic dla poprawy dobrostanu, głownie za sprawą organizacji społecznych, które wywierają nacisk na władze i uświadamiają społeczeństwo. Dostrzegam stopniową, powolną, ale wyraźną zmianę postaw obywateli. Dzieje się coś dobrego, choć osobiście chciałbym, żeby było szybciej… Np. widać zmianę podejścia lekarzy weterynarii.

Dobrosława Gogłoza: W mojej ocenie konsument ma prawo do decyzji, ale powinien mieć po temu wszystkie dane. Ktoś, kto chciałby świadomie zdecydować, jakie mięso kupuje, musiałby zobaczyć, w jakich warunkach są hodowane zwierzęta, a nie ma takiego prawa. Kontrole weterynaryjne na fermach są zapowiadane. Byliśmy w sytuacjach, kiedy zwierzę z fermy, która była kontrolowana dwa tygodnie wcześniej, po zabraniu stamtąd musiało zostać uśpione z powodu deformacji, które nie mogły powstać pomiędzy kontrolą a naszą interwencją. Z naszych doświadczeń wynika, że bardzo dobrze współpracuje się z inspekcją weterynaryjną na poziomie centralnym, ale im niżej, tym gorzej.

Mimo wszystko jestem optymistką. Jestem przekonana, że zobaczymy koniec hodowli przemysłowej za naszego życia. Przede wszystkim dlatego, że mamy coraz lepsze alternatywy dla mięsa. W historii ludzkości jest tak, że lepsza technologia wypiera gorszą, a zmiany są coraz szybsze. W alternatywy dla mięsa inwestują m.in. Sergey Brin, jeden z założycieli Google, Bill Gates, a nie można im zarzucić, że nie mają nosa do interesu. Drogi są dwie. Pierwsza to coraz lepsze roślinne alternatywy, czyli nie pasztety czy kotlety sojowe. Poważne firmy pracują nad analizą białek roślinnych. Udało się już wyprodukować proszek „jajeczny” tańszy od najtańszego z jaj od kur z chowu klatkowego. Część z tych produktów jest droga, bo nie działa jeszcze ekonomia skali. Druga droga to hodowla tkanek. Głównym problemem produkcji zwierzęcej są… same zwierzęta: mimo wyhodowania specjalnych ras ciągle wykształcają np. pióra, mają wnętrzności – części, których ludzie nie spożywają. To z punktu widzenia biznesu olbrzymie marnotrawstwo. W przypadku produkcji mięsa w laboratorium będziemy w stanie tworzyć gotowe produkty bez tych „dodatkowych części” i to dużo szybciej. W roślinne alternatywy i hodowle tkankową inwestują firmy mięsne, w USA Tyson i Cargill, czyli I i III co do wielkości firma mięsna. Mówią, że chcą być przodownikami w produkcji protein, a nie mięsa. I to daje nadzieję.

Mateusz Zmyślony: Żyjemy w czasach antropocenu, po raz pierwszy jako ludzkość bierzemy odpowiedzialność za nasz ekosystem. Wbrew danym statystycznym też jestem optymistą, bo temat etycznej produkcji stał się jednym z podstawowych w dyskusji społecznej. Jako marketingowiec jestem od tego, żeby postawy konsumenckie nie były obawą, tylko szansą. W Polsce – zwłaszcza w wielkich miastach – jak grzyby po deszczu wyrastają wegetariańskie restauracje. Jesteśmy świadkami „konsumenckiego tsunami” w sieciach handlowych – Lidl, Biedronka, Carrefour czy Orlen – wszyscy się teraz ścigają, kto wprowadzi większą ofertę zdrowej, ekologicznej żywności. Powoli pojawia się też zagadnienie żywności etycznej. To jest początek potężnego trendu. Wielkie sieci handlowe zaczynają walczyć to, by mieć lokalnych dostawców. Ci z kolei są pod presją wymagań – dostarczą to, co sieci – które już wycofują się np. z chowu klatkowego – będą chciały sprzedawać. A konsumenci domagają się szybkich działań. Kiedy klienci chcą jaj z chowu wybiegowego, to rynek je dostarczy – są droższe, a okazuje się, że to się nadal opłaca.

Obecny trend „wiem, co jem”, oczywiście związany ze statusem materialnym, przejdzie w trend dobrostanu zwierząt i świadomości tego, jak powstaje żywność odzwierzęca. Ja np. postanowiłem sam to sprawdzić, a że działam w centrum Krakowa, to musiałem założyć eksperymentalne miejskie gospodarstwo rolne. Na razie otworzyliśmy kurnik, w którym będziemy badać dobrostan kur, ale też wpływ smogu na ich zdrowie. Pod wpływem bezpośredniego kontaktu z kurami już kilkanaście osób w firmie i moim najbliższym otoczeniu porzuciło mięso. Myślę, że mamy do czynienia z odwracaniem procesu farmageddonu, który zaczął się w latach 50. XX w., kiedy zamknięte w gigantycznych halach zwierzęta zaczęły znikać z publicznego widoku, co ma dziś kluczowe znaczenie dla odwrócenia tego haniebnego procederu.

PARTNER