Resort zdrowia zdecydował, że za obiecany w lipcu 2017 r. wzrost wynagrodzeń zapłaci NFZ. Wcześniej mieli to zrobić dyrektorzy szpitali
– Ratownicy, którzy nie dostawali pieniędzy, otrzymają je za 54 dni. Plus wyrównanie za okres, w którym im się one należały, czyli od lipca minionego roku – mówi DGP Roman Badach-Rogowski, przewodniczący komitetu protestacyjnego ratowników. – Pieniądze dostaną również dyrektorzy szpitali, którzy wypłacili ratownikom podwyżki z własnej woli – dodaje.
To efekt piątkowego spotkania ministra zdrowia z ratownikami. Resort zapowiada, że na wyższe wynagrodzenia musi się znaleźć 48 mln zł w budżecie NFZ. I będą to tzw. pieniądze znaczone – szpital, który je otrzyma, będzie mógł je wydać tylko na ten cel. Wcześniej i resort, i fundusz przekonywały, że to placówki same powinny sfinansować obiecane podwyżki w ramach większych pieniędzy, które otrzymają na leczenie.
Reklama
Mimo że ratownicy są zadowoleni z propozycji MZ, to nie przerywają protestu. Domagają się jeszcze przyjęcia tzw. małej ustawy o ratownictwie medycznym.
Coś nie zadziałało

Reklama
Nowe rozwiązanie jest podobne do tego, które zastosował były minister Marian Zembala, dając znaczone pieniądze dla pielęgniarek. Obecnie w budżecie NFZ jest na to wydzielone 3,2 mld zł, w przyszłym roku pula wyniesie ok. 5 mld zł.
Konflikt z ratownikami trwa od zeszłego roku. Ich protest zakończył się porozumieniem gwarantującym m.in. podwyżki – niezależnie od formy zatrudnienia – o 400 zł od 1 lipca 2017 r. i o kolejne 400 zł od stycznia tego roku. – W ratownictwie pozaszpitalnym są one realizowane na bieżąco – zapewnia resort. Na ich wypłatę w tym roku zabezpieczono pieniądze z rezerwy celowej budżetu państwa (9600 zł rocznie na etat).
Problemy są natomiast od samego początku z wypłatami podwyżek dla zatrudnionych poza systemem ratownictwa, czyli np. na szpitalnych oddziałach lub w transporcie sanitarnym. Na ten cel nie wyasygnowano specjalnych pieniędzy, ale – jak wielokrotnie podkreślało Ministerstwo Zdrowia – zwiększono kontrakty, dzięki czemu szefowie placówek powinni mieć dodatkowe środki na podniesienie płac. Wielu z nich jednak twierdziło, że środki nie są wystarczające, powoływali się także na brak podstawy prawnej do ich wypłaty.
Kto nie dotrzymał umowy
Obiecane dodatki otrzymała tylko połowa ratowników pracujących w szpitalach. Nie dotyczy to dużej grupy, bo ratowników zatrudnionych w szpitalach jest ok. 5 tys. (na 15–16 tys.), a jedna placówka zatrudnia zwykle kilka takich osób, ale i tak wywołało to duże wzburzenie w całym środowisku.
Problem w tym, że podwyżki obiecano ratownikom na zasadzie dżentelmeńskiej umowy, ale nie wszyscy mieli ochotę jej dotrzymać. Nie zaradziły temu apele do przyzwoitości dyrektorów, do której odwoływał się były już wiceminister zdrowia Marek Tombarkiewicz. Za porozumieniem z ratownikami nie poszedł żaden akt prawny ani znaczone pieniądze, jak w przypadku tzw. zembalowego. W zeszłym roku resort tłumaczył, że nie chce wprowadzać podwyżek rozporządzeniem, bo to dedykowane pielęgniarkom wywołało duże wzburzenie – inne grupy zawodowe nie były zadowolone z tego, że powstaje specjalny akt prawny dotyczący podwyżek tylko dla jednej z nich. Okazało się, że nie da się inaczej tego rozwiązać.
Bo będziemy jak rezydenci
Porozumienie z ratownikami zawierało także inne elementy. Chcieli oni m.in. jak najszybszego uchwalenia nowelizacji ustawy o państwowym ratownictwie medycznym i upaństwowienia systemu. Pod koniec zeszłego roku rządowy projekt trafił do Sejmu, jednak prace nad nim się przeciągają. W efekcie również upublicznienie systemu trzeba było odłożyć (planowano na 1 lipca, zdecydowano się na początek przyszłego roku). W czwartek posłowie, po kilku tygodniach przerwy, podjęli prace nad projektem. Ponieważ podczas drugiego czytania zgłoszono poprawki, projekt został ponownie skierowany do komisji.
Ratownicy zaczęli się niecierpliwić. Na początku marca wystosowali do ministra pismo, w którym dali mu 10 dni na poinformowanie, co zamierza zrobić, by zrealizować zawarte porozumienie. W przeciwnym razie grożą akcją protestacyjną. Wzorem rezydentów zamierzali do minimum ograniczać dyżury. Potem zdecydowali się wstrzymać z protestem do 26 marca, ale podkreślali, że oczekują konkretów.
Przypomnieli także o innych swoich postulatach, np. uwzględnieniu ich w ustawie o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia pracowników wykonujących zawody medyczne zatrudnionych w podmiotach leczniczych, obejmując współczynnikiem 1,05. Zgodnie z tą ustawą płace ustala się, mnożąc kwotę bazową przez wskaźnik przyporządkowany danej grupie. Obecnie nie ma odrębnego wskaźnika dla ratowników, a te kategorie, do których można ich przyporządkować (np. fizjoterapeuta albo inny pracownik wykonujący zawód medyczny wymagający średniego wykształcenia), są objęte wskaźnikiem niższym niż ten przez nich oczekiwany. Prace nad nowelizacją ustawy prowadzi Rada Dialogu Społecznego.
Domagają się także rozpoczęcia prac nad ustawą o samorządzie zawodowym ratowników medycznych. Chcieliby, aby analogicznie jak w przypadku lekarzy i pielęgniarek powstała izba, która m.in. prowadzić będzie rejestr uprawnionych do wykonywania zawodu ratownika i czuwać nad jego prawidłowym wykonywaniem.