Internetowy zakup śmiertelnie niebezpiecznych pigułek, dzięki którym można schudnąć kilkanaście kilogramów w miesiąc, zajmuje najwyżej półtorej godziny. Leczenie powikłań często trwa latami.
Magazyn DGP z 15 września 2017r. / Dziennik Gazeta Prawna
Co najmniej 3,8 tys. osób kupiło „cudowne” pigułki na odchudzanie od rozbitej właśnie przez szczecińską policję szajki. Przestępcy prowadzili handel blisko trzy lata. Nie ma tygodnia, by funkcjonariusze nie zgarnęli kolejnych sprzedawców tabletek, które mają pomóc w zrzuceniu zbędnych kilogramów. – Gdybym powiedział, że mamy do czynienia z hydrą, skłamałbym. Jej odrastały bowiem po dwie, trzy głowy. W nielegalnym fitbiznesie odrasta ich nawet po kilkanaście. Jest coraz gorzej – przyznaje jeden z pomorskich policjantów. Oficjalnych danych nie ma, ale szacuje się, że około 150 do 200 tys. osób kupuje leki na odchudzanie z nielegalnych źródeł.
Reklama
Internetowe forum dla kulturystów. Forum dla kobiet. Drugie forum dla kobiet. Trzecie. Drugie dla kulturystów. W zasadzie – dowolna grupa dyskusyjna w internecie. Niemal w każdej sieciowej społeczności można znaleźć ofertę zakupu leków na odchudzanie. Króluje mająca najlepszą renomę („Wypali ci tłuszcz do kości – polecam!”) Meridia. Sporo ogłoszeń – oraz wielu chętnych – jest na Adipex, Qsymię i Zelixę.

Reklama
Zapasy z Azji
Szukam Meridii. Wystarczy jedno opakowanie. Przeglądam fora internetowe w poszukiwaniu kogoś, kto może sprzedać od ręki. Najlepiej w Warszawie. Internet jest pełen historii oszukanych ludzi, którzy zapłacili za tabletki, lecz nigdy ich nie otrzymali. Znajduję sprawiającą dobre wrażenie ofertę w 40 minut. Sprzedawca jest z Warszawy i zgadza się na spotkanie. Wymiana – pieniądze za opakowanie Meridii. Cena? 250 zł za pigułki wystarczające na miesiąc kuracji. Można znaleźć w internecie oferty nawet po 100 zł za opakowanie. W większości przypadków to jednak oszustwo. Po przelaniu pieniędzy kontakt się urywa.
Tym razem nie ma żadnych problemów. Następnego dnia spotykam się ze sprzedawcą. Przy okazji pytam go, skąd ma Meridię. Trzeba bowiem wiedzieć, że została ona w 2010 r. wycofana z obrotu na terenie Unii Europejskiej. Europejska Agencja Leków zaleciła wówczas zawieszenie pozwoleń na dopuszczenie do obrotu sibutraminy (Meridia to tak naprawdę nazwa handlowa, a to, co pomaga w odchudzaniu, to właśnie sibutramina). Związek ten został też wpisany przez Światową Organizację Antydopingową na listę substancji zabronionych w sporcie.
Dlaczego wycofano leki z sibutraminą z obrotu? Badania medyczne dość jednoznacznie wskazały, że jej przyjmowanie dramatycznie zwiększa ryzyko wystąpienia incydentów sercowo-naczyniowych. – Przyjmowanie leków z sibutraminą bez kontroli lekarskiej, w przypadkach gdy nie było wskazane, przekładało się na zawały serca, problemy krążeniowe, a także choroby psychiczne. Wskutek przyjmowania „magicznych” tabletek na odchudzanie zdarzały się zgony. Nie mam też wątpliwości, że dochodziło do śmierci pacjentów wskutek powikłań powstałych po całkiem bezrefleksyjnym przyjmowaniu leków – wyjaśnia dr Michał Sutkowski z Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.
Skąd więc mój sprzedawca ma Meridię? – Ściągam z Azji. Ale proszę się nie obawiać. Jest taka sama jak ta, która była dostępna w Polsce. Sam pan zobaczy, że działa – wyjaśnia mi.
Kult, jakim obdarzane są leki na odchudzanie wycofane z obrotu, nie jest bowiem przypadkowy. W przeciwieństwie do środków, które miałyby wzmagać przemianę materii czy zwiększać wydolność organizmu podczas wysiłku, Meridia, Zelixa czy Adipex po prostu oddziałują na ośrodkowy układ nerwowy. Hamują łaknienie. Do tego stopnia, że zażywające je osoby muszą ustawiać przypomnienia w telefonach o konieczności jedzenia. Efekty odchudzania są więc imponujące. „Straciłam 25 kg w cztery miesiące” – pisze jedna internautka. „U mnie wolno idzie, zaledwie 7 kg w miesiąc” – żali się druga. „Łykaj po dwie tabletki. U mnie pomogło. Minus 16 kg w półtora miesiąca” – radzi trzecia.
Doktor Michał Sutkowski przestrzega, że takie odchudzanie nie ma jednak nic wspólnego ze zdrowiem. Choć dla naszego organizmu zdrowiej jest nie dźwigać nadmiernego balastu, to pozbywanie się go w tak szalonym tempie jest w stanie rozregulować każdą biologiczną maszynę. Pojawiają się też problemy ze skórą, która nie nadąża za lecącymi w dół kilogramami i się nie wchłania, nie uelastycznia. Wreszcie, na co zwraca uwagę dr Sutkowski, warto sobie uzmysłowić, że w życiu każdego zażywającego superskuteczne pigułki nadejdzie dzień, gdy przestanie się je brać. A że odchudzające się osoby zazwyczaj nie zmieniają swoich przyzwyczajeń żywieniowych i ruchowych, efekt jojo potrafi być błyskawiczny. W kwartał można na wadze odzyskać to, co się w poprzedni kwartał udało stracić.
Po zakupie opakowania Meridii oddaję ją do zaprzyjaźnionego laboratorium. Proszę, aby sprawdzono, co tak naprawdę kupiłem. – Ponad połowa preparatów kupowanych w internecie to leki sfałszowane. Często to po prostu gips lub mąka w kapsułkach. Czasem znacznie szkodliwszy produkt niż zamówiony, zawierający np. pochodne amfetaminy – ostrzega Paweł Trzciński, rzecznik głównego inspektora farmaceutycznego. Po kilku dniach otrzymuję wyniki analizy. Nie dostałem ani gipsu, ani mąki. Na szczęście nie jest to także amfetamina. Z badania wynika jasno: sibutramina. Udało się kupić lek, który siedem lat temu został wycofany z obrotu na terenie Unii Europejskiej.
To mi nie zaszkodzi
Z prawnego punktu widzenia sprzedawca popełnił przestępstwo. A nawet kilka. I to bardzo poważnych. Zaczynając od tych ujętych w ustawie o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, przez przestępstwa skarbowe, po najpoważniejsze przepisy kodeksu karnego. Śledczy, którzy zatrzymują szajki handlujące lekami na odchudzanie, często sięgają po art. 165 par. 1 pkt 2 kodeksu karnego. Stanowi on, że kto sprowadza niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób poprzez wyrabianie lub wprowadzanie do obrotu szkodliwych dla zdrowia substancji, środków spożywczych lub innych artykułów powszechnego użytku lub środki farmaceutyczne nieodpowiadające obowiązującym warunkom jakości, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do ośmiu lat.
Przestępstwo mogłem popełnić również ja. – Sama czynność zakupu produktu leczniczego, który został wycofany z obrotu, nie jest spenalizowana. Zgodnie z art. 124 ustawy – Prawo farmaceutyczne odpowiedzialności karnej podlega wyłącznie ten, kto wprowadza do obrotu lub przechowuje w celu wprowadzenia do obrotu produkt leczniczy, nie posiadając pozwolenia na dopuszczenie do obrotu, a więc sprzedający takowy produkt – mówi dr Małgorzata Świeca, radca prawny i wspólnik w kancelarii Świeca i Wspólnicy. Ale zaznacza, że od tej reguły są dwa odstępstwa. Po pierwsze, mógłbym odpowiadać karnie, gdybym chciał odsprzedać kupiony produkt. Takich ofert też jest pełno w internecie. Ludzie chcą odzyskać chociaż część pieniędzy, które wyłożyli. A sprzedają napoczęte opakowania, bo źle się poczuli po rozpoczęciu „terapii”. Suchość w ustach, zawroty głowy, uczucie walącego, chcącego wyjść z klatki piersiowej serca. – Drugim wyjątkiem od wyłączenia odpowiedzialności karnej kupującego jest sytuacja, gdy produkty nabywane przez kupującego zawierają substancje psychoaktywne. Jak wskazuje art. 55 ust. 1 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, kto, wbrew przepisom ustawy, dokonuje przywozu, wywozu, wewnątrzwspólnotowego nabycia, wewnątrzwspólnotowej dostawy lub przewozi przez terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub terytorium innego państwa środki odurzające, substancje psychotropowe lub słomę makową, podlega grzywnie i karze pozbawienia wolności do lat pięciu – wyjaśnia dr Małgorzata Świeca. I dodaje, że również samo posiadanie substancji psychoaktywnych zagrożone jest karą pozbawienia wolności do lat trzech. Gdybym więc kupił inny produkt jedynie w opakowaniu Meridii, mogłoby się okazać, że któregoś dnia zapukałaby do mych drzwi policja.
Gdy rozmawiam o skutkach zażywania wycofanych z obrotu leków na odchudzanie z dr. Michałem Sutkowskim, pytam go przede wszystkim o to, czy zainteresowanie ludzi tak drastycznymi metodami rośnie. – Na pewno nie spada. Utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie od kilku lat. Niestety, jako społeczeństwo wierzymy w „cudowne” sposoby. Wydaje nam się, że wystarczy codziennie do śniadania, albo wręcz zamiast śniadania, łykać tabletki, i nam to pomoże – wyjaśnia lekarz. Są też osoby, które nie kryją się ze swymi pomysłami kupowania tasiemców. Potrafią je nawet ściągać z Chin. Z tego, co wiem, koszty sięgają często nawet 2 tys. zł – dodaje.
Dlaczego tak robimy? Powody są co najmniej trzy. Przede wszystkim wiele osób wnikliwie zapoznaje się z tym, jak działają wycofane z obrotu leki. Doskonale wiedzą, jakie wywołują działania niepożądane, ale i tak nie zdają sobie sprawy z ryzyka. Racjonalizują zakup, twierdząc, że „mnie to na pewno nie spotka”. Już po zakupie, jeśli organizm dobrze znosi przyjmowany lek, mówią sobie, że „to najlepszy dowód, że mi nie szkodzi”. Jeżeli natomiast źle się czują po zażyciu, uspokajają same siebie twierdzeniem „przynajmniej czuć, że działa” (wszystkie cytaty zaczerpnięte z zaledwie trzech forów internetowych).
Druga grupa to niedowiarkowie. Nie wierzą oni w ani jedno słowo o śmiertelnym zagrożeniu, które czyha na tych, którzy przyjmują silne leki bez konsultacji z lekarzem. „Skoro Unia Europejska wycofała leki z sibutraminą, jest to najlepsza rekomendacja”. Unijni decydenci są bowiem na usługach koncernów spożywczych, którym zależy na tym, aby nas utuczyć. Cukier jako największy narkotyk XXI w. nie może stracić na znaczeniu. Tak więc gdy ta mądrzejsza część społeczeństwa postanowiła ograć producentów chipsów, czekolad i napojów gazowanych, na odsiecz korporacjom spożywczym musieli ruszyć politycy. I właśnie dlatego wycofano z obrotu najskuteczniejsze leki na odchudzanie. Tak przynajmniej uważają niedowiarkowie.
I wreszcie są osoby, które odchudzają się „od zawsze”. Nie pomagają im jednak żadne cud-diety, podczas których się głodzą. Włączenie do dziennego grafiku półgodzinnych spacerów nie przynosi efektów (bo najczęściej po powrocie do domu trzeba coś zjeść – „kulturyści przecież dużo jedzą po każdym treningu”). Nie pomagają też herbatki dobre na trawienie ani dostępne w aptekach suplementy na odchudzanie. Trzeba więc sięgnąć po najmocniejsze leki. – Wielu osobom wydaje się, że ich nadmierna waga jest efektem choroby. Choć rzecz jasna takie przypadki się zdarzają, to w większości winny jest styl życia, a nie choroba – podkreśla dr Michał Sutkowski.
Uroki globalizacji
Nie ulega wątpliwości, że na „magiczne” pigułki jest zapotrzebowanie. Powstaje natomiast pytanie: skąd się one biorą? Jakim cudem w blisko dekadę po wycofaniu produktów z sibutraminą z rynku nadal można je kupić? Przy takim zainteresowaniu niemożliwe wydaje się, by cały czas były sprzedawane zapasy, które pozostały po wyprodukowaniu leków, gdy było to jeszcze dozwolone. – Uroki globalizacji – mówi sarkastycznie Paweł Trzciński z GIF.
Większość leków na odchudzanie nie jest nadmiernie skomplikowana w produkcji. Wykorzystują to Azjaci. W Bangladeszu, Chinach czy Wietnamie istnieją ogromne fabryki, a w nich całe linie produkcyjne leków. Także tych, których w Europie nie można legalnie kupić. Przy czym większość z taśmy przeznaczona jest właśnie na rynek europejski. Część trafia na niego jako bliżej nieznane z nazwy specyfiki. Mamy więc to samo, co np. Meridia czy Zelixa, ale nazwane inaczej. Azjatyccy producenci wiedzą jednak, że Europejczycy szukają produktów najczęściej po nazwach, a nie po składzie. Wiedzą, że Meridia działa, podczas gdy w skuteczność tego samego, ale inaczej zapakowanego leku często nie wierzą.
Dlatego produkowane są też leki do złudzenia przypominające to, co sprzedawano kilka lat temu w Europie. Producenci dbają o identyczny wygląd tabletek. Wytwarza się też do złudzenia podobne do oryginalnych opakowania. W 2017 r. można więc kupić w zasadzie to samo, co w 2010 r. w Polsce. Tyle że trzeba to ściągnąć przez internet.
– I nie jest w żaden sposób przebadane. To ogromne ryzyko. Paradoksalnie lepiej by było, gdyby wysyłali mąkę – podkreśla Paweł Trzciński. W Unii Europejskiej istniały już wiele lat temu rygorystyczne zasady dotyczące produkcji i przechowywania leków. Chociaż mogło się po latach okazać, że dany produkt ze względu na swój chemiczny skład jest szkodliwy, to nie było mowy, aby przedostały się do niego jakieś zanieczyszczenia na taśmie produkcyjnej czy był on przechowywany przez kwartał w wilgotnej piwnicy. W przypadku medykamentów ściąganych z Azji tej gwarancji nie ma.
– Choćby z tego powodu wystrzegajmy się jak ognia kupowania leków w internecie – apeluje Paweł Trzciński. Mówi mi, że niebawem ruszy ogólnopolska kampania informacyjna pod hasłem przewodnim „Nie kupuj leków w internecie”. Wielu Polakom wydaje się bowiem, że skoro można w sieci kupować sprzęt RTV i AGD oraz ubrania, to równie dobrze można kupować medykamenty. Tym bardziej że większość sądzi, że odróżni organoleptycznie oryginalny lek od podróbki. A to bzdura. Specjaliści z inspekcji farmaceutycznej potrafią nawet prosić o pomoc przy ocenie oryginalności produktu fachowców z innych państw. – Zwykły człowiek jest bez szans – zapewnia rzecznik GIF. Pytam go, dlaczego inspektorzy nie walczą ze sprzedażą leków na odchudzanie przez internet. Skoro ja mogę kupić opakowanie w ciągu godziny, równie dobrze może to uczynić każdy inny. W tym dzieci lub kobiety w ciąży („Bardzo tyję w ciąży i zastanawiam się, czy nie zacząć brać Adipeksu. Nie chcę po porodzie mieć aż tak dużo do zgubienia. Co myślicie?”).
Paweł Trzciński wyjaśnia, że inspektorzy często są bezsilni. Wiedzą o nieprawidłowościach, ale możliwości działania są mierne. – Jeśli idzie o sprzedaż zorganizowaną, to nawet gdy wiemy, że sklep internetowy zarejestrowany w wietnamskiej wiosce sprzedaje podrabiane leki klientom, niewiele możemy zrobić. Nie sięga tam polska jurysdykcja. Cała nadzieja w Służbie Celno-Skarbowej podczas przywozu przesyłek do Polski. Ale oczywiście nie jest ona w stanie wyłapać wszystkich przesyłek z fałszywkami – wskazuje Trzciński. Jeśli natomiast chodzi o oferty umieszczane na forach internetowych, to w walce z nimi trzeba liczyć przede wszystkim na policję.
– W kwestii skutecznej walki z handlem lekami to przesadnie bym na nas nie liczył – słyszę od jednego z pomorskich funkcjonariuszy.