Od lat za takiego upiększacza uchodzi Mini. Za każdym razem, gdy je prowadzę, odnoszę wrażenie, że ludzie są wobec mnie milsi. Gdy próbuję wjechać na zatłoczoną drogę z podporządkowanej w jakimś wypasionym audi albo bmw, czekam mniej więcej kwadrans, aż ktoś się zlituje i mnie wpuści przed siebie. Gdy macie mini, wystarczy, że zbliżycie się do krawędzi jezdni, a w ułamku sekundy cały ruch się zatrzyma i poczujecie się jak sułtan Brunei. Nie żartuję. Mini ma w sobie coś, co sprawia, że ludzie traktują was życzliwiej. Uśmiechają się do was, uważają za równych i nie zmieni się to nawet wtedy, gdy pewnego dnia rozjedziecie ich psa. Wtedy najpierw przeproszą was za kłopot związany z usuwaniem resztek sierści z przedniego zderzaka, potem zaproszą do siebie na kolację, a na koniec zasugerują, byście zanocowali w pokoju ich córki. Mini jest jak mały kociak – nikt nie przechodzi obok niego obojętnie, każdy chce go pogłaskać, przytulić i się nim zaopiekować. Budzi wyłącznie dobre emocje.

Co więcej, pierwszą generację tego samochodu można było pokochać także za to, jak jeździ. Do dziś nie zapomnę 170-konnej wersji Cooper S – miała zawieszenie wykonane z granitu i na każdej najmniejszej dziurze czułem, jak kręgosłup wbija mi się w czaszkę. Jednocześnie jednak sprawiała wrażenie lekkiej jak balon wypełniony helem, a po zakrętach jeździła jak szalona. Kupując mini coopera S, tak naprawdę stawaliście się właścicielami gokarta. Samochodu, dzięki któremu z waszej twarzy nie schodził uśmiech. Co prawda przez wyboje był on całkowicie bezzębny, ale zupełnie wam to nie przeszkadzało.

W nowej generacji tego auta wszystko się zmieniło. Jest aż o 22 cm dłuższa od pierwszej, szersza oraz cięższa. W miejsce zawieszenia z kamienia wsadzono takie z procesorami regulującymi jego twardość, a bezpośredni układ kierowniczy zastąpiono takim utkanym z światłowodów. Powiększono silnik, bagażnik, a żeby posadzić kogoś na tylnej kanapie, nie trzeba już amputować mu kończyn. Mini stało się ciche, wygodne i komfortowe. Innymi słowy, jako samochód do jazdy na co dzień nowy Cooper S jest świetny. Ale jako Mini jest po prostu beznadziejny. Brakuje mu lekkości, precyzji i spontaniczności poprzedników. Wyposażono go w same kompromisy, przez co stracił swój wariacki charakter.

Pierwsze Mini było szczupłą instruktorką jogi, która nie potrafiła gotować, prać, nie grzeszyła inteligencją i nie gardziła kokainą, ale za to w sypialni wyprawiała takie cuda, że prostowały się wam zwoje mózgowe. Niestety jogę zamieniła na kurs kucharzenia, utyła, zamiast koki używa proszku do pieczenia, a w dodatku skończyła studia. Teraz możecie prowadzić z nią wielogodzinne dyskusje o prawdziwych powodach rozpadu Jugosławii, ale gdy tylko przekroczycie próg sypialni, odwróci się do was plecami i po prostu zaśnie. A wy razem z nią.

Przykro mi to pisać, ale wersja cabrio jest jeszcze gorsza. Mój testowy egzemplarz miał kolor, który w katalogu powinien nosić nazwę „martwa Smerfetka”. Przez niego spotykałem się z wieloma wyrazami sympatii ze strony chłopców w rurkach uciskających im krocze tak bardzo, że mówili jak Céline Dion. Dlatego starałem się nie jeździć tym autem z otwartym dachem sam. Zawsze zabierałem ze sobą dzieci lub żonę. Choć bardzo lubię kabriolety, to akurat w mini bez dachu czułem się tak, jakbym spacerował w samo południe po Marszałkowskiej całkowicie na golasa, z tęczą wytatuowaną na jednym pośladku i wizerunkiem Eltona Johna na drugim.

Nie chcę, abyście pomyśleli, że Cooper S jest złym autem, więc powtórzę to raz jeszcze: jako samochód do jazdy na co dzień jest naprawdę świetny. Ale jako Mini zawiódł mnie na całej linii. Oczekiwałem motoryzacyjnego afrodyzjaku, jakim był poprzednik, a otrzymałem wóz, który nie wzbudza żadnych emocji. Przynajmniej we mnie, bo na paradzie równości bez dwóch zdań wszyscy z uznaniem klepali by go po spasionym tyłku.