statystyki

Koncerny potrzebują elektrycznych aut. Żeby zafałszować dane o emisji spalin

autor: Łukasz Bąk15.04.2016, 18:30
Łukasz Bąk

Łukasz Bąkźródło: DGP

Są ciche, ekologiczne i bardzo tanie w eksploatacji. Mimo to auta elektryczne nigdy nie będą produkowane na masową skalę. To się po prostu nikomu nie opłaci – ani koncernom motoryzacyjnym, ani paliwowym, ani rządom, ani kierowcom, ani nawet środowisku naturalnemu. Są po to, aby zafałszować dane o emisji spalin.

Na przestrzeni ostatniego roku miałem okazję jeździć całkowicie elektrycznym (EV, czyli Electric Vehicle) bmw i3, volkswagenem e-Golfem, kią Soul EV, a także hybrydami, które można podładować w gniazdku z prądem (PHEV, czyli Plug-in Hybrid Electric Vehicle), jak choćby volvo XC90 T8, bmw i8 czy audi A3 e-tron. I zaświadczam wam, że każde z tych aut było na swój sposób wyjątkowe. Bmw i3 przyspieszało tak, jakby rozpędzony TIR wjechał wam w bagażnik – staliście w miejscu, po czym nagle jechaliście już 100 km/h i jedynym, co was o tym informowało, był prędkościomierz. Soulem EV dystans stu kilometrów przejeżdżałem za mniej więcej 10 zł, czyli taniej niż motorowerem przerobionym na zasilanie LPG. Z kolei e-Golf okazał się zwykłym golfem, tyle że znacznie cichszym, a w zasadzie całkowicie bezgłośnym. Volvo i audi można było jeździć po mieście wyłącznie na prądzie, a poza miastem – korzystać z dobrodziejstw normalnych silników benzynowych, dzięki czemu nie istniał problem z ograniczonym zasięgiem. Podobnie było w przypadku i8, tyle że ono okazało się również jednym z najlepszych samochodów, z jakimi miałem przyjemność obcować w całym swoim życiu. Zrywało skórę z twarzy, a przy tym zużywało nie więcej paliwa niż zapalniczka Zippo.

Przyznacie, że wszystko to brzmi bardzo zachęcająco i być może już zastanawiacie się, kiedy takie samochody będą na tyle dostępne cenowo, abyście mogli popędzić do salonu i sprawić sobie jeden z nich. No więc mam dla was złą wiadomość – prawdopodobnie nigdy. PHEV być może zdołają na stałe wykroić dla siebie bardzo niewielki kawałek rynku, ale typowe auta elektryczne nigdy nie upowszechnią się na tyle, aby sprzedawały się w milionach egzemplarzy rocznie i miały – powiedzmy – 50-proc. udział w rynku. Szczerze mówiąc, nie sądzę, aby to było 10 proc. ani nawet 5. A Tesla jest tu tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Skoro już o niej wspomniałem, to zapewne słyszeliście, że kilka dni temu jej właściciel Elon Musk z dumą zakomunikował światu, że w zaledwie tydzień od premiery modelu 3 firma zebrała na niego 325 tys. zamówień. Liczba rzeczywiście robi wrażenie. Ale teraz posłuchajcie tego: „premiera” nie oznacza w tym wypadku jeżdżącego i dostępnego auta. Jego produkcja ruszy dopiero pod koniec 2017 r., a część klientów będzie musiała poczekać na swoje egzemplarze nawet do początku roku 2020. Licząc od dzisiaj, to prawie cztery lata. A cztery lata w motoryzacji to odpowiednik epoki plejstocenu. Z tej perspektywy sukces Tesli 3 nie jest wcale taki oczywisty. Tak jak – wbrew obiegowym opiniom – nieoczywisty jest sukces modelu S, który Musk wprowadził na rynek w czerwcu 2012 r. Od tamtej chwili do końca 2015 r. (czyli przez trzy i pół roku) na całym świecie sprzedało się łącznie 107 tys. egzemplarzy auta. Daje to średnio 30 tys. pojazdów rocznie. Toyota czy Volkswagen opychają tyle aut... w ciągu jednego dnia.


Pozostało jeszcze 67% treści

2 dostępy do wydania cyfrowego DGP w cenie
9,80 zł Za pierwszy miesiąc.
Oferta autoodnawialna
PRENUMERATA 2020
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie