Zwężanie jezdni dla samochodów, oddawanie ulic rowerom, priorytet dla transportu publicznego. Wszystko po to, by centrum miasta można było przemierzyć na piechotę.
W Warszawie zaczęło się od odnowionej z okazji budowy nowej linii metra ul. Świętokrzyskiej i jej krytyki. Powód był taki, że ulicę ozdobiono zielenią „bujną” jak w osadzie eskimosów. Według inwestora obecność podeschniętych badyli w donicach wynikała z tego, że gęstwina podziemnych instalacji nie pozwalała na sadzenie drzew w gruncie. Ale mimo wszystko kiedy w marcu ubiegłego roku warszawiacy weszli na Świętokrzyską, okazało się, że to inny świat. Jezdnie na kluczowym fragmencie zostały zwężone do jednego–dwóch pasów (w zależności od odcinka). Na asfalcie drogowcy wymalowali czerwoną ścieżkę rowerową. Zbudowali szerokie chodniki, nowe przejścia dla pieszych i – o zgrozo – zlikwidowali większość miejsc parkingowych. Stara i nowa Świętokrzyska to dwie ulice. Jakbyśmy z Moskwy przenieśli się do Amsterdamu.
– Polskie miasta coraz odważniej upominają się o przestrzeń, którą wcześniej zawłaszczyły samochody. W Europie Zachodniej takie przyzwolenie społeczne pojawiło się już wiele lat temu. Teraz podobne nastroje budzą się też u nas – twierdzi dr Andrzej Brzeziński z Instytutu Dróg i Mostów Politechniki Warszawskiej.