Do inwestycji już przygotowywanych rząd dołączył takie, których w obiecanych terminach zbudować się nie da.
ikona lupy />
Nowy plan budowy dróg / Dziennik Gazeta Prawna
– Nowy program budowy dróg, który przedstawiła PO, traktuję na równi z tym z 2007 r. przygotowanym przez PiS. To populistyczna makulatura pisana pod wybory – ocenia Robert Chwiałkowski ze stowarzyszenia Siskom. – Realnie patrząc, plany do 2023 r. trzeba okroić o blisko 1/3 w stosunku do tego, co zostało przez rząd przedstawione – ocenia.
Premier Ewa Kopacz przedstawiła wczoraj nową wersję Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023, który ma zostać przyjęty przez rząd we wrześniu. Zapowiedziała, że wydatki na nowe drogi krajowe sięgną 107 mld zł. To 14 mld zł więcej, niż przewidywał projekt, który Ministerstwo Infrastruktury szykuje od ubiegłego roku.
Premier zapowiedziała, że do 2023 r. powstanie 3,9 tys. km nowych dróg krajowych. W poprzedniej wersji było ponad 2,2 tys. km na liście podstawowej i niespełna 800 km na rezerwowej, której finansowanie było uzależnione od ewentualnych oszczędności na realizowanych kontraktach. Teraz nie dość, że długość tras wzrosła o 900 km, to listy rezerwowej nie ma w ogóle, co oznacza, że wszystko ma być zrealizowane. Projekt różni się jednak od poprzedniego tym, że nie zawiera szacunków kosztorysowych, więc trudno zweryfikować realizm rządowego planu.
W nowej wersji znalazły się trasy, w przypadku których procedura projektowa i uzyskiwania zezwoleń budowlanych jest – delikatnie mówiąc – mało zaawansowana. Dlatego też daty zakończenia prac są odległe i wybiegają poza horyzont programu. Przykładowo droga S10 z Płońska do Torunia miałaby powstać w latach 2018– –2027. Eksperci mówią o wróżeniu z fusów, zwracając uwagę na niepewność finansowania, bo przecież nie wiadomo, jak będzie wyglądał budżet UE na lata 2021–2027. – W 2018 r. dla tej drogi mogłaby być robiona co najwyżej dokumentacja do strategicznej oceny oddziaływania na środowisko – tłumaczy Robert Chwiałkowski. – Drogi, dla których nie rozpoczęto dotychczas wykonywania dokumentacji środowiskowej, nie mają szans na realizację w ramach obecnego budżetu UE – tłumaczy.
Kwestionuje też harmonogram dla trasy S19 Białystok– Lubartów, która miałaby powstać w latach 2018–2024. Nie wiadomo jak, skoro pozyskanie zezwoleń, poczynając od początkowej oceny strategicznej, może potrwać kilka lat. Jeszcze niedawno MIR twierdziło, że ekspresówka na tym odcinku nie ma racji bytu, bo prognozowany ruch jest zbyt mały.
Pod znakiem zapytania można postawić realizm obietnic dotyczących budowy nieplanowanej wcześniej trasy S11, która w ciągu najbliższych lat miałaby przeciąć niemal całą Polskę: od Koszalina w rejon Poznania, a dalej przez Kępno na Śląsk. Mało realna wydaje się też S74, biegnąca z Piotrkowa Trybunalskiego przez Kielce w rejon Stalowej Woli, która według rządu miałaby być gotowa w 2023 r.
Minister infrastruktury Maria Wasiak obiecała wczoraj budowę 57 obwodnic miast (ich łączna długość to grubo ponad pół tysiąca kilometrów). W projekcie „przedwyborczym” było ich mniej: na liście pewniaków 35, a na rezerwowej 13. Przybyły m.in. obwodnice Obornik, Krosna Odrzańskiego i Strzelec Krajeńskich.
Całkowitą nowością są dwie z trzech inwestycji, które mają być realizowane w systemie pozabudżetowym. Rząd ma powołać w tym celu drogowe spółki specjalnego przeznaczenia, które będą pozyskiwały pieniądze z rynku kapitałowego, np. przez emisję obligacji. Taki pomysł pozwoliłby budować autostrady, nie obciążając długu publicznego, a zachowując kontrolę nad wysokością stawek w przypadku objęcia ich opłatami. Ten mechanizm ma być stosowany nie tylko na A1 z Tuszyna do Częstochowy, co MIR już wcześniej sugerowało, ale też na autostradzie A2 z Mińska Mazowieckiego do Siedlec i przy budowie drugiej jezdni A18 pod granicą z Niemcami. W sumie to prawie 190 km.
W 2007 r. było u nas niespełna 1 tys. km dróg szybkiego ruchu. Od tamtego czasu zbudowano ponad 2 tys. km autostrad i ekspresówek. Eksperci kwestionują jednak obiecywane 3,9 tys. km nowych tras. – Nierealny, życzeniowy program budowy dróg krajowych z września 2007 r. wcale nie pomógł PiS wygrać wyborów – przypomina Chwiałkowski.