Gdy wspominam studenckie czasy, autentycznie nie mogę się nadziwić, że moja wątroba je przetrwała. Jeżeli ktoś dzisiaj kazałby mi wypić w ciągu miesiąca tyle alkoholu, ile piętnaście lat temu pochłaniałem w jeden dzień, to prawdopodobnie umarłbym od samej tego świadomości.
Nie znaczy to, że zmądrzałem tak bardzo, że całkowicie odstawiłem kieliszki, butelki, szklanki i moją piersiówkę. Przeciwnie. Nadal piję. I nadal świetnie bawię się w towarzystwie ludzi, którzy też lubią sobie chlapnąć. Tym, którzy w ogóle nie piją, po prostu nie ufam. Zabierzcie na suto zakrapianą imprezę kumpla, który nie dotyka niczego, co ma procenty, a już następnego dnia opowie waszej żonie o tym, kogo i za co łapaliście w klubie, a w internecie zamieści zdjęcie, na którym w stanie błogiego upojenia próbujecie się pohuśtać na wiszącym u sufitu wiatraku. Oczywiście ta wredność abstynentów wynika z ich zazdrości o to, że my – nieżałujący sobie – potrafimy się świetnie bawić.
Bardziej niż niepijącym nie ufam tylko tym, którzy z ręką na sercu mówią, że absolutnie nigdy nie wsiedli na kacu za kierownicę. Zrobili to, nawet jeżeli nie byli tego świadomi. Nieważne, czy było to wczoraj, czy dziesięć lat temu. Przynajmniej raz w życiu prowadziliście, będąc w stanie Jacka Danielsa Olbrychskiego. Odwoziliście dzieci do przedszkola, jechaliście do kościoła, do pracy, stajni albo pracy w stajni. Na kacu.