Przewoźnicy autobusowi należą do branż, które są jednymi z bardziej dotkniętych przez pandemię COVID-19. Drastycznie ubyło podróżnych zarówno na trasach międzynarodowych, krajowych, jak i regionalnych. Praktycznie stanęły przewozy obsługujące turystów, a w tym sektorze byliśmy liderem w Europie. Przed pandemią setki autokarów należących do polskich firm woziły po Starym Kontynencie m.in. zwiedzających z Chin czy Japonii. Branża narzeka teraz, że nie ma szans na szybkie odbicie, bo jest ono blokowane przez utrzymywane przez rząd limity pasażerów w transporcie. Zarówno przewoźników kolejowych, jak i drogowych wciąż obowiązują ograniczenia liczby zajętych miejsc. Podróżni mogą korzystać z połowy miejsc siedzących lub z 30 proc. łącznej liczby miejsc siedzących i stojących.
– Takie obostrzenia już nigdzie w Europie nie są utrzymywane, bo transport uznawany jest za bezpieczny. Dochodzi do kuriozalnej sytuacji, w której autobus jadący z Wielkiej Brytanii do granicy polsko-niemieckiej ma zajęte wszystkie siedzenia, a po wjeździe do naszego kraju połowa podróżnych musi się przesiąść do drugiego pojazdu, który trzeba specjalnie podstawić – mówi Rafał Jańczuk, prezes Polskiego Stowarzyszenie Przewoźników Autokarowych. I dodaje, że limity pasażerów są bezsensowne zwłaszcza przy przejazdach międzynarodowych, bo przed podróżą trzeba pokazać negatywny wynik testu lub potwierdzenie szczepienia. Jego organizacja oraz związek pracodawców Transport i Logistyka Polska (TLP) zaapelowały właśnie do rządu o zniesienie utrzymywanych od jesieni ograniczeń. – Według badań wiodących jednostek epidemiologicznych na świecie przy zastosowaniu środków bezpieczeństwa, m.in. maseczek, ryzyko zakażeń koronawirusem w środkach transportu publicznego jest niskie lub bardzo niskie – mówi Maciej Wroński, prezes związku TLP. Branża powołuje się m.in. na badania Instytutu im. Roberta Kocha z Niemiec, który prześledził ponad 55 tys. przypadków zachorowań na COVID-19. Badania wykazały, że tylko do 90 zakażeń (0,2 proc. całości) doszło w komunikacji zbiorowej. – Skoro rząd mówi o luzowaniu obostrzeń, to nie może zapominać o transporcie zbiorowym. Wprowadzone restrykcje uniemożliwiają wielu przewoźnikom wypracowanie dodatniej marży albo chociażby wyjście na zero – dodaje Wroński. Przyznaje też, że wielu firmom przy obecnych restrykcjach nie opłaca się uruchamiać kursów. To prowadzi do likwidowania kolejnych połączeń i powiększania się zjawiska wykluczenia komunikacyjnego wielu obszarów poza miastami. – Restrykcje powinno się luzować wraz z szykowanym otwieraniem hoteli po majówce. Można to robić stopniowo i wrócić do wariantu, który obowiązywał przez pewien czas w zeszłym roku, czyli do dopuszczenia zajmowania wszystkich miejsc siedzących z jednoczesnym utrzymaniem mniej restrykcyjnych limitów w komunikacji miejskiej – mówi Michał Leman, dyrektor zarządzający Flixbusa w Polsce, na Ukrainie i w krajach nadbałtyckich. Dodaje, że z 200 autobusów przewoźnika jeżdżących po kraju przed pandemią teraz w ruchu jest tylko 30. Przy blokadzie połowy miejsc większość linii jest nieopłacalna. Firma nie chce zaś mocno podnosić cen biletów. – Dalsze utrzymywanie tych obostrzeń dobije przede wszystkim przewoźników regionalnych, dowożących ludzi do pracy i szkoły – dodaje Michał Leman.