Prywatne firmy są tańsze i skuteczniejsze w sprzątaniu, odśnieżaniu i bieżących naprawach dróg niż publiczny inwestor – wyliczyła Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. W tym roku długość tras, którymi zajmują się prywatne firmy, dochodzi do 1150 km. Wartość zawartych na to kontraktów grubo przekracza 1 mld zł. Kontrakty zawierane są na cztery do sześciu lat. A teraz GDDKiA szykuje istny wysyp przetargów.

– W tym roku planujemy ogłoszenie przetargów na ok. tysiąca kilometrów dróg – zapowiada Jan Krynicki, rzecznik GDDKiA.

Tegoroczna seria zaczęła się wczoraj na Mazowszu, gdzie dyrekcja otworzyła przetarg na utrzymane 78-kilometrowego odcinku krajowej ekspresówki S7 z Sękocina do Radomia. Inwestor planował przeznaczyć w ciągu sześciu lat niespełna 110 mln zł. Tymczasem sześć ofert waha się od 55 do 115 mln zł.

Ten przetarg to rynek w pigułce. Jak zwykle o kontrakt rywalizują firmy sprzątające i utrzymaniowe, np. Sita i Gnom, oraz typowo budowlane, jak Mota Engil i PBDiM Mińsk Mazowiecki. Ale jest też np. FB Serwis, spółka zależna Budimeksu, powołana do zadań utrzymaniowych w ramach zróżnicowania portfela zleceń. Dyrekcja w ramach programu „Utrzymaj standard” celowo dzieli drogi na krótsze odcinki, żeby mogła się nimi zaopiekować większa liczba firm.

Oddział lubelski oddał ostatnio w prywatne ręce ekspresówkę S17 w rejonie Lublina, poznański – S5 z Gniezna do Poznania, a olsztyński – S22 z Elbląga do granicy z obwodem kaliningradzkim w Grzechotkach. W Warszawie pod prywatną opieką jest od 2013 r. ekspresowa S2 w rejonie Lotniska Chopina.

Czemu GDDKiA oddaje rynkowi łatanie dziur i obowiązek zimowego odśnieżania? Państwowy zarządca dróg wyliczył – na podstawie rozstrzygnięć przetargów – że outsourcing jest średnio o 30 proc. tańszy niż zlecanie zadań pracownikom oddziałów terenowych.

– Wykonawca utrzymuje drogę przez 24 godz., siedem dni w tygodniu. GDDKiA teoretycznie też, ale jako urząd pracuje 40 godz. tygodniowo, więc w praktyce różnie bywa – usłyszeliśmy nieoficjalnie.

– Założenie jest takie, że każda nowa droga będzie utrzymywana w ten sposób – mówi Jan Krynicki z GDDKiA.

W planach są przetargi m.in. na brakujące fragmenty A1 z Torunia do Włocławka, A4 między Krakowem i Tarnowem oraz S8 między Warszawą i Białymstokiem. Jak ustaliliśmy, GDDKiA zamierza sukcesywnie włączać także do tego systemu utrzymania istniejące już drogi – szczególnie na odcinkach, które sąsiadują z obecnie obsługiwanymi przez „prywaciarzy”. Dlatego będzie pilotaż na istniejących drogach krajowych. Jeżeli się sprawdzi, będą nim obejmowane kolejne trasy.

W 2013 r. GDDKiA na bieżące utrzymanie wszystkich dróg krajowych przeznaczyła 1,27 mld zł, z czego koszty „Utrzymaj standard” (usług świadczonych przez niepubliczne podmioty) wyniosły ponad 150 mln zł. A jeszcze w 2010 r. w tym standardzie były utrzymywane drogi za niespełna 3 mln zł.

Wybrane do tych zadań firmy mają 4 godz. na naprawę ubytków w jezdni, uzupełnienie znaku drogowego itd. Muszą odśnieżać, usuwać wraki i zapewnić i pełną przejezdność trasy 24 godz. na dobę. Pogotowie drogowe powinno sprawdzać szlak co dwie godziny w dzień i co cztery w nocy.

Także niektóre polskie miasta zlecają usługi utrzymaniowe dróg na zewnątrz. Według Adriana Furgalskiego z Zespołu Doradców Gospodarczych „Tor” kierunek jest słuszny, ale pod warunkiem rygorystycznego przestrzegania parametrów, do których zobowiązał się wykonawca w kontrakcie. Bo w przeciwnym wypadku może próbować obniżać standard, do czego może zachęcać kryterium najniższej ceny w przetargu.

Wykonawcy wynagradzani ryczałtem, sami wybiorą sprzęt

Wykonawcy dostają wolną rękę przy decydowaniu, jakim sprzętem utrzymają drogę i jak będą zarządzać. Jak podkreśla GDDKiA, wykonawca nie otrzymuje wynagrodzenia za konkretne prace, ale jest opłacany ryczałtowo za utrzymanie standardu. Jeśli tego nie robi, inwestor jest uprawniony do naliczania kar umownych. Droga jest sprawdzana m.in. pod kątem standardu jezdni, dostępności, stanu urządzeń bezpieczeństwa ruchu itd.

Porównanie kosztów utrzymania przez prywatny i publiczny podmiot okazuje się niższe na korzyść tego pierwszego: w Finlandii jest taniej o 18 proc., w USA o 15 proc., a w Australii – w zależności od części kraju – od 10 do 35 proc.