W tym roku na polskich drogach zginie dwa razy mniej kierowców niż w pierwszych latach po obaleniu komunizmu. To nie tylko dobra wiadomość dla nas wszystkich, ale to przede wszystkim kolosalne oszczędności dla państwa, które są szacowane nawet na 40 mld zł rocznie. A więc dwukrotnie więcej, niż nasz kraj wydaje każdego roku na budowę autostrad i dróg ekspresowych. Właśnie dlatego nie ma dziś bardziej opłacalnej ekonomicznie inwestycji niż rozwój infrastruktury drogowej.

Jeszcze na początku lat 90. na naszych drogach ginęło co roku prawie 8 tys. osób, 200 na milion mieszkańców. W tym roku ten współczynnik uda się sprowadzić grubo poniżej stu. Wskazują na to dane z pierwszych dziewięciu miesięcy: liczba wypadków śmiertelnych spadła aż o 15 proc. w stosunku do tego samego okresu 2011 roku, czyli życie straciło o 439 osób mniej.

To wielka ulga dla budżetu: Bank Światowy oszacował, że śmierć w wypadku drogowym jest o wiele większą stratą dla gospodarki niż w wyniku choroby: bo zwykle ginie osoba w pełni sił, która jeszcze przez wiele lat mogłaby pracować. W przypadku naszego kraju jeden zgon na drodze wyceniono na 2,5 mln euro, czyli ponad 10 mln zł (rocznie ginie ok. 4 tys. osób, więc tracimy 40 mld zł). To nie tylko koszt pracy policji, karetek czy szpitali, ale przede wszystkim suma podatków, jaką ofiara wniosłaby do Skarbu Państwa, gdyby żyła i pracowała.

Bardzo wysokie są również ponoszone przez państwo łączne koszty wypadków, w których kierowca lub pasażerowie zostają ranni. Choć i w tym przypadku tragedii jest mniej: w pierwszych dziewięciu miesiącach ich liczba wyniosła 34 tys., o 7 proc. mniej niż w minionym roku. Działa efekt skali: wypadków, w których są ranni, jest dziesięć razy więcej niż takich, w których są zabici. Dlatego do rachunku niebezpiecznych dróg trzeba dopisać kolejne 10 mld zł.

W sumie wypadki na naszych drogach kosztują państwo rocznie 50 mld zł. Za taką sumę można by zbudować tysiąc kilometrów autostrad lub dróg ekspresowych. – Bezpieczne drogi to jeden z najbardziej miarodajnych wskaźników poziomu rozwoju cywilizacyjnego – mówi DGP Helen Kearns, rzeczniczka Komisji Europejskiej ds. transportu.

Potwierdzają to dane Banku Światowego. Poruszanie się po Kamerunie jest 1,1 tys. razy bardziej niebezpieczne niż po Niemczech, zaś jazda po drogach Czadu, które w większości przebiegają przez bezludne obszary, jest pięćset razy bardziej ryzykowna niż w Republice Federalnej. Nawet przekroczenie samochodem naszej wschodniej granicy oznacza, że stajemy się pięć razy bardziej narażeni na wypadek niż na rodzimych drogach.

Przepisy kontra brawura

Radykalna poprawa bezpieczeństwa w naszym kraju to nie tylko wynik rozwijającej się sieci autostrad oraz dróg ekspresowych. – Polacy jeżdżą już nowoczesnymi samochodami, które w przypadku zderzenia przejmują dużą część impetu w strefy zgniatania. Wypadek, który kiedyś był śmiertelny, dziś kończy się poważnym zranieniem, a to, co kiedyś powodowało kalectwo, dziś przestaje być odczuwalne dla pasażera – mówi DGP Wojciech Drzewiecki, szef warszawskiego instytutu badającego rynek motoryzacyjny Samar.

Równie duże znaczenie dla ograniczenia liczby wypadków ma też systematyczne zaostrzanie przepisów drogowych: nakaz używania świateł mijania przez cały rok, radykalne ograniczenie prędkości w terenie zabudowanym, wymóg używania pasów bezpieczeństwa przez pasażerów siedzących na tylnych siedzeniach czy powszechne instalowanie na drogach radarów wymuszających ograniczenie prędkości.