Za kierownicą wolno nam więcej niż w domu. Auta nie interesują nasze poglądy i to, z kim sypiamy. A szczególnie godne uwagi są modele „niepoprawne politycznie”.
DGP
Świąteczne wydanie Magazynu DGP to tradycyjnie zbiór wyjątkowych materiałów przygotowanych przez zdolnych dziennikarzy i świetnie wykształconych publicystów o nieograniczonym horyzoncie myślenia. To mikołajowy wór, wypchany po brzegi tekstami i rozmowami, w których odnajdziecie mnóstwo refleksji, spostrzeżeń, pogłębionej wiedzy i bogatych doświadczeń. Innymi słowy, to idealny prezent dla ludzi robiących ze swojego mózgu właściwy użytek, lubiących poznawać inny punkt widzenia, odnajdujących w czytaniu przyjemność. I, szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia, jak to możliwe, że mój felieton motoryzacyjny co roku ląduje w tak doborowym towarzystwie. Raz, że pod względem intelektualnym pasuje do reszty materiałów jak rysunek mojego 4,5-letniego syna do obrazów Moneta. A dwa, że przecież samochodami nikt się już nie interesuje. Auta to zło w najczyst… pardon – najbrudniejszej postaci. Motoryzacja to choroba i powinna być na nią szczepionka. Samochody zabijają misie polarne. Topią lodowce. To przez nie w Suwałkach latem jest 30 st. C, a we Władysławowie najwyżej 11. Sprawiają, że się dusimy. Przez nie tegoroczne zbiory płaskurki są za małe. Samochody, how dare you? – że pozwolę sobie krzyknąć jak Greta Thunberg.
Myślicie, że żartuję? Z perspektywy Polski może jeszcze tak to nie wygląda, ale na Zachodzie auta kupują już wyłącznie ludzie, którzy palą papierosy, jedzą mięso, noszą wąsy, a św. Piotr zostawił im uchyloną szparę w drzwiach do niebios, bo wie, że w każdej chwili mogą się przy nich pojawić. Gdy ja miałem skończyć 18 lat, to już rok wcześniej zapisałem się na kurs jazdy samochodem, a egzamin zdałem dzień po urodzinach. Podobnie zrobili wszyscy moi koledzy, choć nie wszyscy za pierwszym razem. Tymczasem dzisiaj młodzi Brytyjczycy czy Holendrzy nie są zainteresowani czymś takim jak prawo jazdy. Niektórym kojarzy się to wyłącznie z nabyciem praw do tego, żeby mieć jazdy po wypaleniu jointa.
Gdy oni kończą 18 lat, myślą tylko o tym, żeby wreszcie legalnie napić się piwa z wyhodowanego ekologicznie chmielu. Ja w ich wieku starałem się zaimponować koleżankom na studiach przerdzewiałym na wylot renault 5 GT o mocy 75 koni mechanicznych. Oni dzisiaj chcą to zrobić przy pomocy roweru z koszyczkiem przy kierownicy i przepisu na bezglutenową, wegańską pizzę. Na uczelnię jeżdżą metrem, na zakupy hulajnogą, z imprez wracają Uberem, a na wakacje latają samolotem. Ewentualnie chodzą na nie pieszo.
Mam mnóstwo znajomych z dorastającymi dziećmi, którzy się żalą: „Słuchaj, mój syn oświadczył podczas kolacji, że nie zrobi prawa jazdy i nigdy nie kupi samochodu, bo to mu niepotrzebne. Co zrobić?”. Ale nic nie można zrobić. Bo czasy się zmieniły. Dzisiaj mężczyźni po prostu nie muszą umieć jeździć autem. Ważne, żeby pili latte z sojowym mlekiem.
Nie wiem, co poszło nie tak. Nie wyobrażam sobie nie mieć auta, nawet gdybym był na emeryturze, po pięciu wylewach, nie miał żadnych znajomych ani rodziny, z którą chciałbym utrzymywać kontakt, nie jeździł na wakacje, a od najbliższej stacji benzynowej dzieliłoby mnie 300 km. Nawet amputacja rąk i nóg, a być może także śpiączka, nie byłyby w stanie zmusić mnie do pozbycia się auta. Swojego prawa jazdy nie wrzuciłbym do niszczarki nawet z pistoletem przystawionym do skroni. Bo auto to wolność. To ucieleśnienie demokracji – jadę, kiedy i gdzie chcę, a w środku mogę mówić, co chcę, i zachowywać się, jak chcę. Znacie przepis zabraniający prowadzić auto zupełnie nago? Ja też nie. A spróbujcie przejechać się „na waleta” tramwajem albo pociągiem. Albo spróbujcie w barze nazwać kogoś skończonym debilem – jeżeli ten ktoś jest po pięciu piwach, a w dodatku jego biceps ma większy obwód niż wasze udo, to znajdziecie się w poważnych tarapatach. Natomiast jeżeli to samo powiecie w jego kierunku, siedząc za kierownicą auta, to zaraz po słowie „debilem” po prostu wciśniecie gaz i odjedziecie.
Samochód to po prostu ostatnia enklawa prawdziwej swobody. Waszego auta nie interesują wasze poglądy polityczne, preferencje seksualne i to, czy lubicie przeklinać. Nawet we własnym domu nie wolno wam tyle, co za kierownicą. Piszę głupoty? To przyznajcie szczerze, ilu z was ma zakaz słuchania w domowym zaciszu ulubionej muzyki na cały regulator, ale w samochodzie Metallica albo Slayer mogą naparzać tak, że jedynym ograniczeniem okazuje się wytrzymałość szyb wozu i bębenków w waszych uszach?
Samochód to równocześnie najbardziej namacalny, materialny dowód na postęp, jakiego dokonał człowiek. Zgodzi się z tym każdy, kto 20–30 lat temu kupił pierwsze auto, a dzisiaj jeździ lub miał okazję jeździć czymś nowoczesnym. Sam średnio raz w tygodniu powtarzam: „Przecież tu nie można już wymyślić niczego nowego”. A już następnego dnia Mercedes, Volkswagen albo inna Toyota udowadniają, że jednak można. Motoryzacja ciągle nas zaskakuje jak żadna inna dziedzina życia i jak żadna inna branża. Co więcej, nawet ustawianie autom coraz gęstszego i trudniejszego slalomu, choćby w postaci nowych limitów emisji dwutlenku węgla, potrafi przynosić zaskakujące rezultaty – np. w postaci naprawdę świetnych elektryków, jak choćby Kia E-soul i Hyundai Kona Electric. A jeszcze piękniejsze jest to, że niektórzy, zamiast zgrabnie lawirować między tymi slalomowymi słupkami, po prostu z wciśniętym w podłogę pedałem gazu je rozjeżdżają. I w ostatnich 12 miesiącach jeździłem kilkoma takimi wozami. Autami, które – biorąc pod uwagę normy i wpływy ekologów – nie miały prawa powstać, a mimo to ktoś miał na tyle duże cojones, że skierował je do produkcji.
Oto pięć najlepszych modeli mijającego roku, dla których należy stworzyć zupełnie nowy, odrębny segment: „How dare you”.
Auto to wolność. To ucieleśnienie demokracji – jadę, kiedy i gdzie chcę, a w środku mogę mówić, co chcę, i zachowywać się, jak chcę

Toyota GR Supra – Go smog, stop hybrid

Chyba żaden samochód w tym roku nie budził w entuzjastach motoryzacji tyle emocji co nowa supra. Jedni wytykali jej to, że jest siostrą bliźniaczką bmw Z4, inni krytykowali za wygląd. Ja jeździłem tym autem już trzy razy, a mimo to jeszcze o nim nie napisałem. Dlaczego? Bo podejrzewam Toyotę o czarodziejskie sztuczki i nie bardzo umiem je racjonalnie wytłumaczyć. Doszukuję się podstępu i nie potrafię go odnaleźć. Bo jak to możliwe, że firma od lat promująca porządne, ale pozbawione krzty emocji hybrydy, wypuszcza na rynek wóz, który sprawia, że na podłączonym do was ciśnieniomierzu kończy się skala? Przecież to tak, jakby Pfizer albo Polpharma nagle wprowadziły do aptek czystą amfetaminę. Albo jakby w menu najlepszej w okolicy wegańskiej knajpy pojawił się tatar z bizona. – To zasługa BMW – powiecie. Sęk w tym, że supra jeździ znacznie lepiej niż bmw. Jej silnik sprawia wrażenie bardziej żywiołowego i chętniejszego do psot, zawieszenie jest stabilniejsze, nadwozie sztywniejsze, brzmienie bardziej soczyste, a jeśli chodzi o trakcję, to zanim beemka złapie przyczepność, to toyota będzie już na mecie. Nie wiem, co dokładnie zrobili Japończycy z suprą, ale wiem, że zrobili Niemców w konia. Mamy tu dwie na pozór identyczne pizze salami, przyrządzone z dokładnie tych samych składników. Ale to ta od Toyoty ma lepsze ciasto, jest lepiej upieczona i zdecydowanie bardziej wyrazista w smaku – to pizza salami picante. Jako całość po prostu najlepszy sportowy daily car, jaki obecnie można kupić. Wystarczająco komfortowy w codziennym użytkowaniu i wybitnie emocjonujący, gdy się go przyciśnie do muru. I właśnie dlatego w moich oczach zostaje samochodem roku.
DGP

Ford Mustang Bullitt – Patrz, Greta, to jest mój środkowy palec

Ocieplenie klimatu jest już faktem. Ale w Fordzie zgłębili temat i okazało się, że transport odpowiada raptem za ok. 10 proc. globalnej emisji dwutlenku węgla. Gdy odejmie się od tego samoloty, ciężarówki, wielkie statki na mazut, wszystkie stare graty bez katalizatorów etc., to okaże się, że żadne nowoczesne auto osobowe nie udusiło jeszcze żadnej foki. – W takim wypadku możemy wzmocnić nasz sztandarowy produkt z wolnossącym V8 o pojemności pięciu litrów – zdecydowało pewnego dnia szefostwo Forda. I wjechało mustangiem bullittem prosto w zady ludzi, których praca polega na przykuwaniu się do drzew i obarczaniu motoryzacji winą za całe zło, z jakim przyszło nam się zmierzyć. Mustang każdą kroplę benzyny zamienia we wspaniały ryk, dym z opon, adrenalinę i endorfiny. W osiągi niekoniecznie, ale nie o nie tu chodzi. Znacznie istotniejsza w tym aucie jest możliwość doznania emocji, jakich nie jest w stanie dostarczyć absolutnie żaden inny wóz za 200 tys. zł. To jest jak zjazd ze stromej góry rowerem bez hamulców, bez kasku na głowie i ochraniaczy na kolanach. Nasze dzieci tego nie zrozumieją.



DGP

Mercedes GLE 400 – Brakuje tylko kołderki

Przez ostatnie dwie dekady ludzie z Mercedesa starali się udowodnić, że ich samochody są równie sportowe jak BMW, a na pokładzie mają tyle samo technicznych nowinek co Audi. Efekt był taki, że auta z gwiazdą przestały być sobą – jedyne w swoim rodzaju były jedynie ich wnętrza. Przy czym w taki sam sposób, co stragan z plastikowymi zabawkami na parafialnym odpuście. Wygląda jednak na to, że pewnego dnia ktoś w Stuttgarcie nieśmiało zaproponował na zebraniu zarządu: „A może byśmy tak wrócili do lat 80. i 90. i zaczęli robić to, co potrafimy najlepiej: ultrakomfortowe, porządnie wykonane luksusowe wozy?”. Tak powstał GLE 400. SUV, którym ani razu nie pojechałem szybciej niż 140 km/h, choć miał pod maską prawie 400 karmionych benzyną koni. Po prostu nie czułem potrzeby. Wolałem odprężyć się w idealnie skrojonym fotelu z systemem masażu, czerpać przyjemność z obłędnie komfortowego zawieszenia, chłonąć ciszę przerwaną chwilami przez silnik V6, który brzmieniem przypomina łagodnie szeleszczący aksamit. Jeżeli lubicie samochody, które relaksują jak kąpiel w wannie po ciężkim dniu w pracy, to GLE jest zdecydowanie dobrym wyborem. Właśnie taki powinien być każdy mercedes (oprócz tych ze znaczkiem AMG).
DGP

Porsche 911 GT3 RS – Sadomaso? Jestem uzależniony

Zacznijmy od tego, że jazda tym samochodem jest równie komfortowa co siedzenie gołym tyłkiem na kamieniach w rozgrzanej saunie. Jest tu niewyobrażalnie głośno i niewygodnie, a wciśnięcie guzików odpowiadających za zmianę twardości zawieszenia i brzmienia wydechu zmieniają tylko jedno – zapalają się czerwone diody. Nic innego się nie dzieje. Gdy pierwszy raz wsiadłem do tego auta i wcisnąłem gaz, poczułem się, jakbym był w dybach z zakneblowanymi ustami, a przed sobą widział kobietę z biczem. Byłem po prostu przerażony. Tak bardzo, że pierwsze okrążenie toru tym 500-konnym potworem przejechałem wolniej niż podstawowym boxsterem. Ale im dłużej trwały te katusze, tym bardziej mi się podobało. A strach zaczął przeradzać się w przyjemność. Z silnika, skrzyni i tylnej osi dobiegały odgłosy, jakby ktoś mieszał metalową łychą w wiadrze ze złomem, a ja nie mogłem wyjść z podziwu dla wytrzymałości, przyczepności i możliwości tego wozu. Ból miesza się z ekstatycznymi doznaniami i przypływem takiej ilości adrenaliny, że zaczyna ona tryskać uszami. A gdy dojeżdżacie cało i zdrowo do mety, to pozostaje wam jedynie poprosić kogoś o chusteczkę. Bynajmniej nie po to, by wytrzeć sobie nos. A dosłownie chwilę później macie ochotę zacząć całą zabawę od nowa.
DGP

BMW X7 – Przepraszam, gdzie tu jest łazienka

W zasadzie nie jest to samochód, tylko pierwszy dom ze znaczkiem BMW. Nie kupicie dziś niczego potężniejszego, co ma cztery koła i co można prowadzić, mając zwykłe prawo jazdy kategorii B. Wnętrze jest tak przepastne, że nietrudno zgubić w nim dzieci. A gdy już się zgubią, to można rozłożyć dwie tylne kanapy na płasko i w ten sposób zamienić X7 w pełnowymiarową sypialnię dla dwóch osób. Ten samochód jest tak ogromny, że manewrując nim na parkingu przed marketem, czułem się jak kapitan kontenerowca sunącego Kanałem Żerańskim. Co jednak najwspanialsze, mamy tu do czynienia z prawdziwym BMW – zaskakująco zwartym i zwinnym w prowadzeniu, szybkim, dającym radość z kręcenia kierownicą. Choć zamontowano w nim całkiem sprawną nawigację, to znacznie częściej używali będziecie kompasu. Po prostu wybierzecie sobie dowolny punkt na północy czy południu, a następnie dojedziecie do niego na przełaj. Tak uniwersalny jest ten samochód. Myślę, że Bawarczycy powinni przemyśleć wypuszczenie wersji specjalnej – z gąsienicami zamiast kół. Znam kilka osób, które chętnie kupiłyby taki czołg. Jestem wśród nich. Zaraz obok Kim Dzong Una i arabskich szejków.