statystyki

Ostatnia ostoja wolności. Godne uwagi są modele aut „niepoprawne politycznie”

autor: Łukasz Bąk28.12.2019, 10:30
Świąteczne wydanie Magazynu DGP to tradycyjnie zbiór wyjątkowych materiałów przygotowanych przez zdolnych dziennikarzy i świetnie wykształconych publicystów o nieograniczonym horyzoncie myślenia. To mikołajowy wór, wypchany po brzegi tekstami i rozmowami, w których odnajdziecie mnóstwo refleksji, spostrzeżeń, pogłębionej wiedzy i bogatych doświadczeń.

Świąteczne wydanie Magazynu DGP to tradycyjnie zbiór wyjątkowych materiałów przygotowanych przez zdolnych dziennikarzy i świetnie wykształconych publicystów o nieograniczonym horyzoncie myślenia. To mikołajowy wór, wypchany po brzegi tekstami i rozmowami, w których odnajdziecie mnóstwo refleksji, spostrzeżeń, pogłębionej wiedzy i bogatych doświadczeń.źródło: ShutterStock

Za kierownicą wolno nam więcej niż w domu. Auta nie interesują nasze poglądy i to, z kim sypiamy. A szczególnie godne uwagi są modele „niepoprawne politycznie”.

Ś w iąteczne wydanie Magazynu DGP to tradycyjnie zbiór wyjątkowych materiałów przygotowanych przez zdolnych dziennikarzy i świetnie wykształconych publicystów o nieograniczonym horyzoncie myślenia. To mikołajowy wór, wypchany po brzegi tekstami i rozmowami, w których odnajdziecie mnóstwo refleksji, spostrzeżeń, pogłębionej wiedzy i bogatych doświadczeń. Innymi słowy, to idealny prezent dla ludzi robiących ze swojego mózgu właściwy użytek, lubiących poznawać inny punkt widzenia, odnajdujących w czytaniu przyjemność. I, szczerze mówiąc, nie mam bladego pojęcia, jak to możliwe, że mój felieton motoryzacyjny co roku ląduje w tak doborowym towarzystwie. Raz, że pod względem intelektualnym pasuje do reszty materiałów jak rysunek mojego 4,5-letniego syna do obrazów Moneta. A dwa, że przecież samochodami nikt się już nie interesuje. Auta to zło w najczyst… pardon – najbrudniejszej postaci. Motoryzacja to choroba i powinna być na nią szczepionka. Samochody zabijają misie polarne. Topią lodowce. To przez nie w Suwałkach latem jest 30 st. C, a we Władysławowie najwyżej 11. Sprawiają, że się dusimy. Przez nie tegoroczne zbiory płaskurki są za małe. Samochody, how dare you? – że pozwolę sobie krzyknąć jak Greta Thunberg.

Myślicie, że żartuję? Z perspektywy Polski może jeszcze tak to nie wygląda, ale na Zachodzie auta kupują już wyłącznie ludzie, którzy palą papierosy, jedzą mięso, noszą wąsy, a św. Piotr zostawił im uchyloną szparę w drzwiach do niebios, bo wie, że w każdej chwili mogą się przy nich pojawić. Gdy ja miałem skończyć 18 lat, to już rok wcześniej zapisałem się na kurs jazdy samochodem, a egzamin zdałem dzień po urodzinach. Podobnie zrobili wszyscy moi koledzy, choć nie wszyscy za pierwszym razem. Tymczasem dzisiaj młodzi Brytyjczycy czy Holendrzy nie są zainteresowani czymś takim jak prawo jazdy. Niektórym kojarzy się to wyłącznie z nabyciem praw do tego, żeby mieć jazdy po wypaleniu jointa.

Gdy oni kończą 18 lat, myślą tylko o tym, żeby wreszcie legalnie napić się piwa z wyhodowanego ekologicznie chmielu. Ja w ich wieku starałem się zaimponować koleżankom na studiach przerdzewiałym na wylot renault 5 GT o mocy 75 koni mechanicznych. Oni dzisiaj chcą to zrobić przy pomocy roweru z koszyczkiem przy kierownicy i przepisu na bezglutenową, wegańską pizzę. Na uczelnię jeżdżą metrem, na zakupy hulajnogą, z imprez wracają Uberem, a na wakacje latają samolotem. Ewentualnie chodzą na nie pieszo.

Mam mnóstwo znajomych z dorastającymi dziećmi, którzy się żalą: „Słuchaj, mój syn oświadczył podczas kolacji, że nie zrobi prawa jazdy i nigdy nie kupi samochodu, bo to mu niepotrzebne. Co zrobić?”. Ale nic nie można zrobić. Bo czasy się zmieniły. Dzisiaj mężczyźni po prostu nie muszą umieć jeździć autem. Ważne, żeby pili latte z sojowym mlekiem.

Nie wiem, co poszło nie tak. Nie wyobrażam sobie nie mieć auta, nawet gdybym był na emeryturze, po pięciu wylewach, nie miał żadnych znajomych ani rodziny, z którą chciałbym utrzymywać kontakt, nie jeździł na wakacje, a od najbliższej stacji benzynowej dzieliłoby mnie 300 km. Nawet amputacja rąk i nóg, a być może także śpiączka, nie byłyby w stanie zmusić mnie do pozbycia się auta. Swojego prawa jazdy nie wrzuciłbym do niszczarki nawet z pistoletem przystawionym do skroni. Bo auto to wolność. To ucieleśnienie demokracji – jadę, kiedy i gdzie chcę, a w środku mogę mówić, co chcę, i zachowywać się, jak chcę. Znacie przepis zabraniający prowadzić auto zupełnie nago? Ja też nie. A spróbujcie przejechać się „na waleta” tramwajem albo pociągiem. Albo spróbujcie w barze nazwać kogoś skończonym debilem – jeżeli ten ktoś jest po pięciu piwach, a w dodatku jego biceps ma większy obwód niż wasze udo, to znajdziecie się w poważnych tarapatach. Natomiast jeżeli to samo powiecie w jego kierunku, siedząc za kierownicą auta, to zaraz po słowie „debilem” po prostu wciśniecie gaz i odjedziecie.


Pozostało 68% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
9,80 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie