Im więcej jeżdżę samochodami, tym częściej dochodzę do wniosku, że ich marki i modele mają wiele wspólnego z kulturą, kuchnią, charakterem mieszkańców krajów, z których się wywodzą. Są ich ruchomym odzwierciedleniem.
Range rover sport 3.0 i6 / DGP
Reklama
Weźmy Niemców. Słyną ze zdyscyplinowania, dokładności i nie rzucają słów na wiatr. Można im ufać. I dokładnie takie same są ich samochody. Kiedy w nie wsiadacie i zaczynacie jechać, po prostu nie macie się do czego przyczepić. Ostatnio miałem okazję spędzić kilka dni z volkswagenem polo i T-crossem i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie znalazłem w nich żadnej poważniejszej wady. Są jak solidny kawał schabowego z ziemniakami i zasmażaną kapustą – po czymś takim nie da się wstać od stołu głodnym. Innymi słowy, niemieckie wozy sprawiają, że przeciętny kierowca czuje się w pełni nasycony. Nie należy jednak w tym wypadku mylić nasycenia z zadowoleniem i radością. Bo jeśli o nie chodzi, to niemieckie wozy dają tyle radości, co kolonoskopia. I tyle zadowolenia, co nakrycie żony z najlepszym kumplem.
Zupełnie inaczej sprawy przedstawiają się z Francuzami. Ci lubią później zaczynać pracę, po to by ją wcześniej skończyć, a następnie dobrze bawić się ze znajomymi w jakiejś modnej restauracji, wypijając hektolitry wina. Następnego ranka, czyli de facto w południe, wracają do fabryki i zaczynają projektować i montować peugeoty, citroeny i renault. Jako że są jeszcze na lekkim rauszu i mają artystyczne dusze, puszczają wodze fantazji. Efektem tego są dzieła sztuki – deski rozdzielcze o finezyjnych kształtach i nadwozia przywodzące na myśl sceny z filmów erotycznych (peugeot RCZ zamiast dachu miał pupę Brigitte Bardot!). Francuski wóz jest jak francuska kobieta – nie musi umieć prasować, gotować i czytać książek. Grunt, żeby pachniał Chanelem, chodził w Diorze i źle się prowadził. Rozumiecie, co mam na myśli?

Reklama
Jeszcze inaczej wygląda motoryzacja amerykańska. Tam jest grubo – i dosłownie, i w przenośni. Przeciętny wóz zza wielkiej wody jest jak zestaw XXXXXXL z McDonald’sa – ocieka tłuszczem i owinięto go papierem. Jest prosty, tani i tandetny, a wrażenie ma robić przede wszystkim rozmiarem i hałasem. Przeciwieństwem tego obrazu są Szwedzi – cisi, zamknięci w swoich położonych na uboczu chatkach, szczupli, nierzucający się w oczy, ułożeni, ekologiczni, trzymający się zasad, praktyczni, ceniący komfort w minimalistycznym wydaniu. A teraz powiedzcie szczerze sami – czy nie przypomina wam to volvo?
Pozostały nam jeszcze wozy japońskie, czyli połączenie 15-godzinnego dnia pracy z salonem gier. Oznacza to, że mają być niezawodne, solidne, zdyscyplinowane i gotowe dostać zawału byle tylko was zadowolić. Ale jednocześnie wydawać z siebie dziwne dźwięki przy każdej nadarzającej się okazji. Spróbujcie nie zapiąć pasów albo nie domknąć drzwi, a usłyszycie coś w rodzaju szorowania styropianem po tablicy.
Byłbym zapomniał o Włochach! Włosi słyną z tego, że są leniwi, popadają w długi, a potem i tak wszystko zwalają na innych, oczekując natychmiastowej pomocy. Przecież to wypisz-wymaluj fiat. I fakt, że nie chcecie obecnie kupować fiatów, jest waszą winą, a nie Fiata.
W ten oto sposób dotarliśmy do Brytyjczyków. Czyli do kraciastych tweedowych marynarek, kamiennych kominków, mgły, owiec, zapachu fajki, podwójnych kranów przy zlewach, welurowych foteli w kolorze zgniłego bakłażana oraz zestawów fish & chips zawiniętych w gazetę. A gdzieś pomiędzy to wszystko wciśnięto londyńskie City ze skrzącymi się od nadmiaru szkła i aluminium siedzibami międzynarodowych instytucji finansowych. I identycznie sprawa przedstawia się w przypadku range rovera sporta, którym jeździłem niedawno.
Zacznijmy od tego, że range nadal wygląda arystokratycznie i zupełnie inaczej niż wszystko to, co powstało w kontynentalnej Europie. Owszem, zamiast kraciastej marynarki ma na sobie nienaganny garnitur Zegny, ale już na pierwszy rzut oka widać, że jego drzewo genealogiczne ma korzenie w XIV w. – sprawia wrażenie, jakby oczekiwał, że wszystkie bmw, audi i mercedesy będą zwracać się do niego „Sir”. Z szacunkiem. I mnie się to bardzo spodobało. Zachwyciło mnie też wnętrze. Z jednej strony proste, praktycznie umeblowane, pozbawione zbędnych ozdobników. Z drugiej – wykończone tak luksusowymi materiałami i w tak dobrym guście, że gdy w sobotę rano musiałem podjechać na targ po ziemniaki, w ostatniej chwili zawróciłem i przebrałem się z dresu w śnieżnobiałą koszulę. Uznałem, że inaczej po prostu nie wypada.
Tak, są tu trzy niebrytyjskie ciekłokrystaliczne ekrany, z poziomu których steruje się wszystkim funkcjami, w dodatku nie działają tak sprawnie jak u konkurencji, ale… Kogo to obchodzi? W sporta się wsiada, rusza i cała reszta was nie interesuje.
Magazyn DGP. Okładka. 8.11.2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Słowa uznania należą się Brytyjczykom również za nowe, 400-konnie doładowane, benzynowe V6. Aksamitne, żwawe, przy tym oszczędne. Biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie te kuce muszą pchać do przodu 2,5 tony stali, skóry, szkła i aluminium, to spalanie na poziomie 13–14 litrów należy uznać za co najmniej satysfakcjonujące. Może to kwestia tego, że nie jeździłem zbyt szybko… Fabryczne dane mówią o przyspieszeniu do setki w niecałe 6 sekund, ale z ręką na sercu przyznaję, że ani razu tego nie sprawdziłem. Nie czułem takiej potrzeby. Z dwóch powodów. Po pierwsze, za kierownicą range’a nie musicie nikomu niczego udowadniać. Widzieliście kiedyś, by królowa Elżbieta biegała wokół Pałacu Buckingham? No właśnie. Ale to wcale nie znaczy, że nie potrafi tego robić. I dokładnie tak samo jest z range roverem sportem – pędzący na złamanie karku wyglądałby niedorzecznie. Drugi powód tego, że nigdzie mi się w nim nie spieszyło, był już bardziej racjonalny – otóż ma nieco nerwowy układ kierowniczy. Taki trochę lord na prochach, który wydaje się spokojny i stabilny emocjonalnie, ale jeden zły ruch może wyprowadzić go z równowagi. A wówczas gotów ugasić swoje cygaro w źrenicy waszego oka.
Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak w range roverze pogodzono współczesną technologię z luksusem, który nie kłuje w oczy. Jestem pełen uznania dla inżynierów i stylistów, którym udało się połączyć brytyjskie tradycje z obecnymi trendami i potrzebami. W ten sposób powstał wóz, który ma może parę wad, ale też coś, czego wielu jego konkurentom brakuje– własną tożsamość i charakter. Stał się europejski, ale jednocześnie pozostał brytyjski. Borisie Johnsonie, jednak się da.