Na wyczekiwanych zmianach taksówkarze wcale nie zyskają. Uber też będzie miał trudniej. Może się okazać, że najlepiej na tym wszystkim wyjdą ci, którzy już dziś łączą taksówkarskie reguły z nowoczesną technologią.

– To bardzo zły dla nas projekt – tak mówią dziś taksówkarze o tzw. lex Uber, czyli o projekcie nowelizacji ustawy o transporcie drogowym, która ma uregulować rynek przewozów pasażerskich. Jeszcze kilka tygodni temu, gdy trwały prace nad projektem, zapowiadano, że może on spowodować wycofanie się Ubera i jemu podobnych biznesów znad Wisły. Tradycyjni przewoźnicy bardzo na taki kształt regulacji liczyli. Dziś – gdy znamy już proponowane brzmienie przepisów w ostatniej, zaakceptowanej już przez rząd wersji, bardziej prawdopodobne jest, że uchwalenie ustawy doprowadzi do upadku co najmniej kilkunastu średnich i dużych korporacji taksówkarskich.

Stąd też oburzenie taksówkarzy. Protesty kierowców – przyćmione przez szereg bardziej gorących wydarzeń politycznych, w tym ogólnopolski strajk nauczycieli – uszły uwadze i obywateli, i rządzących. Co prawda taksówkarze zawiesili je, ale dopiero po tym, jak resort przedsiębiorczości obiecał protestującym pod jego siedzibą taksówkarzom, że przyjęte już przez rząd przepisy zostaną jeszcze raz przeanalizowane. Jak wynika z informacji dochodzących z kręgów rządowych, analiza ta miała już miejsce i okazało się, że projekt jest dobry i godzi interesy poszczególnych uczestników rynku. Zanosi się więc na to, że zmian raczej nie będzie. Taksówkarze przyznają, że takie informacje już do nich docierają, jednak z decyzjami o wznowieniu protestów czekają do 24 kwietnia, kiedy to odbędzie się posiedzenie sejmowych komisji. – Jeśli w ich trakcie projekt nie zostanie zmieniony, to wznowimy akcję w całym kraju. Zdajemy sobie sprawę, że wszelkie protesty nie przynoszą nam poparcia opinii publicznej, ale nie mamy nic do stracenia – mówi Jarosław Iglikowski, przewodniczący związku „Warszawski Taksówkarz.