Jestem gorącym zwolennikiem teorii, że człowiek w życiu powinien robić to, co lubi. Bo tylko wówczas będzie robił to dobrze. Jeden z moich znajomych został przymuszony przez ojca do tego, by pójść na studia medyczne. Wiecie, jak to się skończyło? Przez pięć lat migał się, jak umiał, od wszelkich zajęć, na których trzeba było choćby wbić wykałaczkę w brzuch żaby. Bo nienawidził widoku krwi. A co robi dzisiaj? Jest bardzo dobrym specjalistą od PR-u. Serio. Zawodowo zajmuje się psuciem krwi dziennikarzom.
Jego historia sprawiła, że postanowiłem własnym dzieciom dać wolną rękę w wyborze tego, co zechcą w życiu robić. I już zachęcam je do poszukiwania własnej drogi. Najstarsza córka uwielbia malować, rysować i wyklejać, a do tego kocha zwierzęta. Nie za bardzo jeszcze wyobrażam sobie, jak mogłaby to wszystko ze sobą pogodzić, a następnie – w dorosłym życiu – zamienić na pieniądze. Ale kto wie, może kiedyś ludzie będą masowo ozdabiali salony olejnymi portretami swoich czworonożnych pupili.
Średni syn ma z kolei smykałkę do sportu. Nie skończył jeszcze pięciu lat, a już samodzielnie pływa i nurkuje, trenuje karate, a wczoraj ograł mnie w tenisa. Co prawda tylko na konsoli, ale już pięć minut później był zapisany na zajęcia w lokalnym klubie tenisowym. Mam nadzieję, że szybko wytłumaczą mu tam, czym jest forehand i backhand, żeby już w maju mógł pojechać na French Open.