Obecnie każda licząca się marka obowiązkowo musi mieć w swojej gamie jakiś model hybrydowy. I za każdym razem, gdy prezentuje go szerszej publiczności, robi wokół niego tyle szumu, jakby co najmniej na nowo wynalazła koło, proch albo tabletkę antykoncepcyjną.
Przy akompaniamencie strzelających w górę korków od szampana i w atmosferze wielkiego święta ogłasza z dumą, że zbudowała najlepszy, najbardziej innowacyjny i wyjątkowy, najwspanialszy, superekologiczny pojazd. Że do przejechania nim stu kilometrów będziecie potrzebowali tylko trzech kropli benzyny. Że sam Bóg nie wymyśliłby tego lepiej. Że to przyszłość dostępna tu i teraz. Że to coś po prostu urwie wam głowę, przyrodzenie i parę innych części ciała.
Pasjonaci i potencjalni klienci chodzą wokół samochodu, wydają z siebie achy, ochy i odgłosy cmokania, kręcą z niedowierzaniem głowami, a gdy dochodzą do danych technicznych, z ich piersi wydobywa się głośne: „WOW!”. Producent uznaje to za dobry znak i uruchamia masową produkcję. Po paru miesiącach pierwsze egzemplarze auta wyjeżdżają do salonów. I wówczas okazuje się, że w rzeczywistości klienci są tak bardzo zainteresowani hybrydą, jak złapaniem krztuśca. Nagle zaczynają ją omijać równie szeroko jak kumpla, któremu są winni 200 zł. Dowody? Proszę bardzo. Choć BMW ma w swojej ofercie pięć modeli hybrydowych, to ich udział w sprzedaży marki na polskim rynku wyniósł w ubiegłym roku 0,85 proc. W Volvo było to 1,44 proc., a w Mercedesie – 0,03 proc.
Wiecie, dlaczego te wyniki są tak żałosne? Bo w świadomości kierowców jedynymi hybrydowymi samochodami, które zasługują na uznanie, są Toyota i Lexus. Z prostego względu – to Japończycy jako pierwsi połączyli motor elektryczny z benzynowym. Więc muszą być w tym najlepsi. Przypomina mi to trochę sytuację ze scyzorykami. Na rynku jest pełno producentów, którzy oferują wam urządzenia, za pomocą których nie tylko pokroicie pomidora na biwaku, lecz także rozbroicie bombę, skonstruujecie mały samolot albo upolujecie i wypatroszycie bizona. Ale jeżeli potrzebujecie po prostu niezawodnego, sprawdzonego narzędzia do cięcia, to wybierzecie coś z gamy szwajcarskiego Victorinoxa.