W przyszłym roku nasza coroczna składka przekroczy 19 mld zł – najwięcej od czasu przyłączenia Polski do Wspólnoty. W resorcie finansów pojawiają się pomysły, by władze lokalne zaczęły się do niej dokładać
Polska jest jednym z największych beneficjentów unijnego wsparcia wśród państw członkowskich. W latach 2004–2006 nasz kraj otrzymał 12,8 mld euro europejskich funduszy, a w okresie 2007–2013 już 67,3 mld euro. W nowej perspektywie finansowej przewidzianej na lata 2014–2020 Polska w ramach polityki spójności otrzyma aż 82,5 mld euro. Politycy i eksperci od funduszy unijnych są zgodni – to już ostatnie tak korzystne dla nas rozdanie.
Reklama
Jednak wsparcie oferowane przez Brukselę ma swoją cenę – coroczną składkę członkowską, której wysokość, tak jak i dla pozostałych państw członkowskich, zależna jest od wielkości uchwalonego poziomu unijnych wydatków. A ta jest co roku wyższa (z wyjątkiem 2014 r.). W pierwszym roku naszej obecności w strukturach unijnych, a dokładniej za osiem miesięcy 2004 r., Polska musiała wpłacić do wspólnotowego budżetu ponad 5,8 mld zł. Rok później było to już ponad 9,7 mld zł. Szacuje się, że w tym roku składka może wynieść niemal 18,3 mld zł, a w przyszłym – ponad 19,2 mld zł.

Reklama
Wygląda na to, że składki coraz bardziej ciążą Ministerstwu Finansów, bo podczas ostatnich rozmów z samorządowcami na posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego wiceminister Hanna Majszczyk zasugerowała, że być może samorządy powinny dokładać się do corocznych składek, biorąc pod uwagę proporcję, w jakich korzystają ze środków unijnych, a odpowiadają za dystrybucję ok. 40 proc. wszystkich środków przyznanych Polsce. Sugestia ta pojawiła się przy okazji omawiania projektu ustawy przygotowanego przez stronę samorządową, który zakłada rekompensowanie lokalnym władzom ubytków w ich dochodach w sytuacji, gdy rząd wprowadza różnego rodzaju ulgi dla obywateli, w reakcji na pomysł PiS dotyczący podniesienia kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł.
Zapytaliśmy resort, na ile poważne są te plany. W odpowiedzi słyszymy, że propozycja ta pojawiła się „jedynie jako przykład”. Ale od samej koncepcji MF wcale się nie odżegnuje. – Mówiąc o ewentualnej partycypacji samorządów w składce UE, należy zwrócić uwagę, iż samorząd jest częścią państwa. W związku z tym jeśli parlament podejmuje decyzję o wprowadzeniu np. ulgi w podatkach, to konsekwencje takiej decyzji ponoszą zarówno budżet państwa, jak i samorząd – tłumaczy Wiesława Dróżdż, rzeczniczka MF. Zdaniem resortu samorządy są zbyt roszczeniowe wobec rządu. – W przedkładanych przez nie projektach ustaw, np. takich jak projekt ustawy wprowadzający zasadę rekompensowania samorządom ubytku dochodów spowodowanego zmianami prawa, wnioskodawcy w sposób wybiórczy przedstawiają obraz sytuacji finansowej samorządów, pokazując jedynie te regulacje prawne, które negatywnie wpływają na finanse samorządowe, a całkowicie pomijają rozwiązania korzystne. Przedłożony model jest jednostronny i nie zawiera rozwiązań symetrycznych – argumentuje Wiesława Dróżdż.
Niektórych samorządowców propozycja MF zmroziła. Inni nie traktują jej poważnie. – Rozumiem, że przy okazji zmiany rządów niektórych urzędników wciąż trzyma się poczucie humoru – komentuje prezydent Inowrocławia Ryszard Brejza. Dodaje, że to na budżecie państwa spoczywają pewne obowiązki związane z naszą obecnością we Wspólnocie. – Przecież to nie samorządy negocjują umowy z Komisją Europejską. Mówimy o dokładaniu się lokalnych władz do składek członkowskich? Przecież dokładamy się kilkakrotnie w postaci VAT odprowadzanego do budżetu państwa przy realizowanych przez nas projektach unijnych. Poza tym gdyby nie działania samorządów, rząd nie mógłby się już chwalić tak efektywnym wykorzystaniem funduszy europejskich w perspektywie 2007–2013 – przekonuje Ryszard Brejza.
Ewentualne plany urzędników MF mogą pokrzyżować spodziewane zmiany personalne w resorcie. Samorządy nie ukrywają swojej niechęci wobec wiceminister Hanny Majszczyk, którą na stanowisko powołał w 2010 r. premier Donald Tusk. Po cichu liczą, że nowy minister finansów Paweł Szałamacha podziękuje jej za współpracę. Pytanie tylko, co dalej. W PiS na razie nikt otwarcie nie komentuje propozycji urzędników MF odnośnie do „unijnej zrzutki”. Można jednak wyczuć pewną niechęć wobec tego pomysłu. – Koncepcja jest dość oryginalna – ironizuje jeden z działaczy tej partii.
Ile pieniędzy i na co
Na lata 2014–2020 Polska otrzymała z budżetu UE ponad 120 mld euro. Na tę sumę składają się środki na politykę spójności – 82,5 mld euro, wspólną politykę rolną – 31,1 mld euro, Europejski Fundusz Morski i Rybacki – ok. 0,5 mld euro. Kolejnych 5 mld euro wydamy w takich programach jak np. Horyzont 2020 czy Erasmus.
Niemal 93 proc. środków w ramach polityki spójności (76,6 mld euro) zostanie rozdysponowanych w ramach 22 programów – sześciu krajowych i 16 regionalnych, przeznaczonych dla województw. Pod względem budżetu największym z nich będzie program operacyjny Infrastruktura i Środowisko – jego alokacja na lata 2014–2020 wyniesie aż 27,41 mld euro, czyli ponad 115 mld zł. Drugi pod względem dostępnych funduszy program – PO Inteligentny Rozwój – ma już budżet na poziomie 8,61 mld euro, a więc ok. 36 mld zł.
Na wszystkie regionalne programy operacyjne przeznaczonych zostanie 31,1 mld euro (ok. 132 mld zł). To oznacza, że samorządy będą odpowiedzialne za dystrybucję niemal 40 proc. środków. W perspektywie finansowej 2007––2013 było to ok. 25 proc. Nowością jest też to, iż regionalne programy w okresie 2014–2020 finansowane będą już nie tylko z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, ale też z Europejskiego Funduszu Społecznego. To pozwoli, przy realizowaniu projektów unijnych, powiązać projekty infrastrukturalne z tzw. miękkimi działaniami (np. szkoleniami). Związane jest to z tym, iż głównymi celami regionalnych programów operacyjnych – zamiast dotychczasowych wydatków na drogi czy sieć wodociągowo-kanalizacyjną – będą zwiększanie konkurencyjności województw, wspieranie zatrudnienia i przedsiębiorczości, walka z wykluczeniem społecznym czy inwestycje w zieloną energię.