Komentarz tygodnia

Brak pieniędzy to chroniczna i nieuleczalna przypadłość sektora finansów publicznych, w tym oczywiście samorządów – może za wyjątkiem tych, które mają na swoim terenie kopalnie węgla brunatnego czy miedzi. Czasem choroba ma ostry przebieg i trzeba się zastanowić, co zrobić z gminą, która sama nie jest już w stanie się utrzymać (a zgodnie z prawem tak po prostu zbankrutować nie może). Przyczyny dolegliwości są różne – i dobrze znane. Z jednej strony niezależne od samorządowców (coraz więcej zadań nakładanych ustawami bez zapewnienia dodatkowego finansowania). Z drugiej zawinione przez nich (np. nieprzemyślane, kosztowne i deficytowe inwestycje).

Ale trzeba też przyznać, że gminy mają pecha. Uderza w nie nawet deflacja, która zmusi włodarzy do obniżenia w 2016 r. podatków i opłat lokalnych – tam, gdzie obowiązują już maksymalne przewidziane przez ustawę stawki – albo utrudni im podwyżki – tam, gdzie stawki są niższe od maksymalnych. Trudno byłoby wytłumaczyć mieszkańcom, że np. podatek od nieruchomości rośnie, choć ceny generalnie spadają. Wójt, burmistrz czy prezydent, który powołałby się w tym kontekście na kłopoty lokalnego budżetu, przyznałby się tym samym, że nie umie nim zarządzać. Deflacja to jednak jeszcze mały kłopot, zwłaszcza że towarzyszą jej rekordowo niskie stopy procentowe, co obniża koszty obsługi zadłużenia (a wiele gmin jest bardzo zadłużonych). Groźniejszy jest właściwie pewny spadek wpływów z CIT i PIT. Niezależnie od tego, kto będzie rządził po wyborach parlamentarnych, stosunkowo radykalne zmiany w podatkach, które stanowią główne źródło pieniędzy wpływających do samorządowej kasy, są przesądzone. Propozycja – na razie zresztą bardzo luźna – by udział w CIT zastąpić w jakiejś mierze udziałem w VAT, nie rozwiązuje problemu. Podobnie pomysł podatku komunalnego, czyli PIT podzielonego według określonych kryteriów między rząd a samorządy. Po prostu po obiecywanych zmianach ten tort do podziału będzie dużo mniejszy niż dziś.

Kandydaci w wyborach rozjechali się po Polsce. Chcą naprawiać państwo, ale lokalnym społecznościom, które odwiedzają, niewiele mają do zaoferowania. Charakterystyczne (i przygnębiające), że nikt się nawet nie zająknął, co – choćby w kontekście zapowiadanej rewolucji podatkowej – z finansowaniem i rozwojem samorządów – wciąż jeszcze jednego z naszych najbardziej udanych przedsięwzięć społecznych.