Coraz mniej samorządów wypłaca rodzicom własne świadczenie związane z urodzeniem dziecka. Gminne becikowe – zwane trzecim – od samego początku nie cieszyło się zresztą szczególną popularnością. Na ponad 2,4 tys. gmin przyznaje je tylko kilkadziesiąt. Niemniej przez niektórych włodarzy własne becikowe było traktowane jako ważny element lokalnej polityki wspierania rodzin, mający spowodować, że na ich terenie będzie się rodzić więcej dzieci. Chociaż nie wydaje mi się, aby faktycznie wierzyli w to, że ze względu na jednorazowe świadczenie młodzi decydowali się na powiększenie rodziny lub zamieszkanie na terenie gminy. Tym bardziej że w niektórych samorządach wynosiło ono nawet mniej niż rządowe becikowe oraz dodatek do zasiłku związany z urodzeniem dziecka (obydwa po 1 tys. zł.). Jego wypłacanie było więc raczej rodzajem alibi na wypadek ewentualne go oskarżenia, że gmina nic nie robi dla rodzin.
Oczywiście trudno jest teraz wprost przyznać, że własne becikowe nie było zbyt sensownym i celowym wydawaniem pieniędzy. Nie ma jednak co żałować malejącej liczby gmin z własnym becikowym. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze warto wydać za przykładem innych samorządów np. na uruchamianie programów wspierania rodzin wielodzietnych, finansowanie bezpłatnych posiłków dla większej liczby małych mieszkańców, niż wynikałoby to z nałożonego na gminy obowiązku, czy przyznanie dodatkowych stypendiów za wyniki w nauce. Taka pomoc ma charakter ciągły, a nie incydentalny. Jej charakter nie pozostawia też wątpliwości co do faktycznego przeznaczenia. A sygnały świadczące o tym, że rodzice wydają pieniądze bynajmniej nie na zakup wyprawki dla potomka, były zgłaszane nie tylko w odniesieniu do gminnego, ale też rządowego becikowego.