Z pewnego punktu widzenia, niezależnie jak myślimy o ostatnim ćwierćwieczu, możemy czuć się pokoleniem spełnionym i wręcz szczęśliwym. Udało się nam nie tylko rozpocząć proces reformowania kraju i doczekać realizacji jego najważniejszych punktów i etapów, ale także dokonać w miarę obiektywnej, całościowej oceny przebytej drogi z perspektywy wystarczająco już zdystansowanej.

Nie wszystkie pokolenia reformatorów w naszej historii miały taki komfort. Wysiłek Sejmu Wielkiego był zaiste ogromny. Niestety, tamto pokolenie nie miało szans na sprawdzenie, które działania mogły przynieść umocnienie państwowości i rozwój, a które były tylko pobożnymi życzeniami. Niebawem Rzeczpospolita przestała istnieć w ogóle, a Konstytucja 3 maja mogła już tylko pozostać symbolem naszych niespełnionych nadziei.

Olbrzymi był także wysiłek reformatorski II Rzeczpospolitej. Zszycie pokawałkowanej przez rozbiory państwowości wymagało nie tylko przełamywania różnic mentalnych, ale przede wszystkim olbrzymiej pracy legislatorskiej i organizacyjnej, która i dziś budzi podziw i niejednokrotnie jest nadal istotnym punktem odniesienia – przecież wybuch wojny i tym razem przekreślił możliwość głębszej refleksji nad skutkami rozpoczętych działań.

Jeśliby szukać w całej naszej historii jakiejś analogii do naszych czasów, to wydaje się, że ostatni raz mogliśmy pokusić się o całościową, rzetelną ocenę podjętych działań reformatorskich, gdzieś na przełomie XVI i XVII w. Unia polsko-litewska z 1569 r., zgoda sandomierska, konfederacja warszawska i artykuły henrykowskie z 1573 r. układały się w pewien logiczny ciąg wykreowanych w krótkim okresie w pełni świadomych zdarzeń, które zamykając poprzednią epokę, tworzyły jednocześnie mocne podstawy państwowości o absolutnie fundamentalnym znaczeniu.

Z pewnością ktoś, kto patrzył na skutki tych epokowych działań pod koniec XVI w., mógł w pełni już dostrzec konsekwencje tego wszystkiego, co zdarzyło się przed ówczesnym ćwierćwieczem i chyba nawet mógł pomyśleć, że sprawy poszły w dobrym kierunku. Inna sprawa, że niebawem zawisły nad Rzeczpospolitą całkiem nowe wyzwania i niestety widać było już w latach 40. XVII w., że ówczesne elity nie potrafiły już im sprostać.

Powie ktoś: a cóż to za zadęcie? Jak można porównywać sprawy tak odległe i właściwie po co? Ano po to, byśmy zdali sobie w pełni sprawę z tego wszystkiego, co zdarzyło się, poczynając od 1989 r., i jaki to ma wydźwięk w kontekście całej naszej historii, która przecież nie narastała linearnie, ale miała swoje zagęszczenia czasu, dramatyczne zwroty i niezwykłe nowe otwarcia.

Stosunkowo łatwo uchwycić analogię pomiędzy Unią z 1569 r. a naszym przystąpieniem do Unii Europejskiej. Wskazał na nią – w bardzo odpowiednim ku temu momencie – Jan Paweł II i chwała mu za to. Kto wie, jak zachowaliby się wówczas niektórzy nasi rodacy, gdyby nie to jasne wskazanie i wsparcie papieża wiosną 2004 r. Przebieg obrad konfederacji warszawskiej ze stycznia 1573 r., którą tak się dziś szczycimy, też nie był bezkolizyjny. Podziały targające wówczas naszym społeczeństwem nie były z pewnością mniejsze niż te z czasów Okrągłego Stołu. W jednym i drugim przypadku zwyciężyła na szczęście zasada dialogu, pozwalająca wznieść się ponad doraźnymi konfliktami i z tej perspektywy dostrzec nowe możliwości. Epokowe osiągnięcia konfederacji warszawskiej dały początek całkowicie nowym rozwiązaniom ustrojowym o charakterze konstytucyjnym w dzisiejszym tego słowa rozumieniu i nie wiem, dlaczego nie potrafimy ukazać całego bogactwa artykułów henrykowskich i ich znaczenia dla europejskiego konstytucjonalizmu w ogóle. Wszak tym aktem w pełni zdesakralizowano władzę, oddając proces jej legitymizacji, także królewskiej, po prostu w ręce zwykłych wyborców. Na taką rewolucję niemal w zasadzie wszystkie inne społeczeństwa europejskie musiały czekać ponad 200 lat.

Już w 1586 r. mieliśmy niezależne od króla sądownictwo i w pełni kontradyktoryjny proces karny, o którym teraz dopiero na nowo przebąkujmy.

Okrągły Stół, dla niektórych symbol zdrady narodowej (moim zdaniem wyłącznie dla tych, którzy nie znają własnej historii), również otworzył drogę do nowej konstytucji, która ma tę przewagę nad wszystkimi innymi nowszymi polskimi konstytucjami, że obowiązuje już w pełni ponad 17 lat.

Wydaje mi się, że dopiero z tej perspektywy możemy spojrzeć i w pełni docenić istotę przemiany samorządowej przełomu 89. i 90. r., i to nie tylko dlatego, że wprowadzenie samorządu terytorialnego musiało się odbyć również w odpowiednim momencie w drodze nowelizacji konstytucji.

Tymczasem, jeśliby prześledzić prasę tamtego okresu, uderzy kompletny brak zainteresowania samorządem. Dopiero po 25 latach widzimy, jak głęboko samorząd przeorał naszą państwowość. Ale jeśli miałbym podkreślić jakąś rzecz najistotniejszą w tej epokowej przemianie ustrojowej, to jest nią absolutna zmiana paradygmatu określającego relację pomiędzy władzą a obywatelami.

Dotychczas, i to od czasów rozbiorów, nie wyłączając II Rzeczypospolitej, władza państwowa była zawsze scentralizowana. Reforma gminna z 1990 r. przełamała ten układ, oddając zdecydowaną większość spraw lokalnych (a niebawem i regionalnych) w ręce samych bezpośrednio zainteresowanych obywateli. I na tym właśnie polega specyfika kultury państwowej Europy Zachodniej, do której chcieliśmy zawsze przynależeć, że władza lokalna najbliższa mieszkańcom jest niezależna od centralnej. Oczywiście, dzisiaj we wszystkich państwach należących do Rady Europy w wolnych wyborach wybierana jest także reprezentacja parlamentarna, ale dopóki obie te władze nie mają w pełni demokratycznej legitymacji, dopóty przynależność do tego elitarnego klubu współczesnego świata nie jest możliwa.

Myślę, że nadal nie w pełni zdajemy sobie z tego sprawę, jak wielka przemiana cywilizacyjna miała miejsce pod tym względem w pierwszej połowie 1990 r. Nasze media głównie zajmują się życiem publicznym skupionym wokół Warszawy i instytucji centralnych, podczas gdy o prawdziwej obywatelskiej kondycji naszego społeczeństwa decydujące jest to, jak wybierani są wójtowie (burmistrzowie) i radni, jak układają się relacje w obrębie samej gminy, jaki jest status urzędników gminnych, na ile transparentne są procedury decyzyjne, na ile uczciwie przeprowadza się konkursy i przetargi, jakie są odniesienia pomiędzy funkcjonariuszami publicznymi a mieszkańcami, na ile ci ostatni wciągani są w bieżące sprawy społeczności lokalnej.

Nie w Warszawie decydować się będzie o planie zagospodarowania przestrzennego i albo przez jego przyjęcie stworzy się fantastyczne warunki rozwoju dla gminy czy miasta, albo nadal budować się będzie na terenach zalewowych, albo śnić o nikomu niepotrzebnych lotniskach.

Owszem, jesteśmy już w Europie Zachodniej, ale jak jesteśmy tam postrzegani, na ile będziemy mogli być prawdziwymi partnerami, długo decydować będzie jeszcze zastraszająco niezadowalający poziom frekwencji wyborczej i niski poziom partycypacji społeczeństwa w podejmowaniu kluczowych decyzji rozwojowych. Z tego punktu widzenia jesteśmy ciągle na początku drogi, a bywało, że nieraz już zbaczaliśmy z jej głównego nurtu.