Dlaczego polscy politycy - zarówno z obecnej, jak i poprzednich ekip - nie lubią służby cywilnej?
Wydaje się, że nieustanne zmiany w służbie cywilnej dokonywane przez polityków wynikają z ich niewiedzy co do jej istoty i znaczenia dla rozwoju demokratycznego państwa. Politycy, nie przyznając się do ignorancji w kwestii zasad i standardów obowiązujących w służbie cywilnej, próbują wdrażać swoje projekty polityczne „mimo” lub „ponad” urzędnikami. Dlatego z jednej strony podkreślają osiągnięcia swoich rządów, z drugiej zaś deprecjonują w nich rolę urzędników. Urzędnicy czują się sfrustrowani brakiem uznania ze strony polityków, odczuwają brak pozytywnych wzorców oraz możliwości skutecznego planowania swojej pracy i kariery w urzędzie. To jest wada polityków w wielu państwach świata. Skarżą się na bierny opór ze strony urzędników, stosowanie metody włoskiego strajku, sabotowanie lub też ignorowanie ich decyzji. Prezydent USA Harry Truman pod koniec lat 40. XX wieku stwierdził, że „próby zmuszenia biurokratów do wykonania poleceń władzy wykonawczej przypominają próby pociągania za sznurki”. A Richard Nixon w latach 70. narzekał: „nie ma żadnej dyscypliny w tej biurokracji, nigdy nikogo nie zwalniamy, nigdy nie udzielamy nikomu nagany”. Z kolei prezydent Aleksander Kwaśniewski w latach 90. mówił: „służba cywilna to piękna idea, ale trudna do realizacji w praktyce”. Dlaczego więc politycy nie lubią służby cywilnej? Bo relacje między politykami a urzędnikami są trudne. Urzędnik działa na podstawie przepisów prawa i w granicach określonych jego zapisami, posługuje się w swojej pracy biurokratycznymi metodami działania, co oznacza, że opiera się na ściśle określonych działaniach organizacyjnych, ustalających, kierowniczych i kontrolnych. Polityk przychodzi do rządu z projektem politycznym i chciałby go szybko i skutecznie zrealizować. Polem konfliktu przeważnie są tu więc czas i środki, jakie obie strony uznają za konieczne.