Inspektorzy tworzą nowe prawo, bywają niekompetentni i paraliżują pracę urzędów – uważają lokalni włodarze i przygotowują listę grzechów głównych kontrolerów. Ma ona trafić do szefa Izby Krzysztofa Kwiatkowskiego
Reklama
Prezydent Inowrocławia Ryszard Brejza zarzeka się, że ceni sobie współpracę z większością kontrolerów, przyznaje jednak, że zdarzały się sytuacje absurdalne. Kilka lat temu wniosek z przeprowadzonej w urzędzie kontroli był taki, że organizując koncerty samorząd ma obowiązek... ogłoszenia przetargu na wyłonienie artysty. – Nasze odwołanie zostało uwzględnione dopiero w II instancji przez zespół orzekający NIK – opowiada.

Reklama
Kolejny przykład dotyczy rozbiórki zrujnowanych kamienic. – Kontroler nie pokazał nam ekspertyz, ale mimo to udowadniał, że ich stan może mieć związek ze zlikwidowaną kopalnią. Chciał mnie zmusić do drogich badań gruntów. A miałem opinie m.in. nadzoru budowlanego, że nie ma to związku z kopalnią, tylko z ruchem na pobliskich drogach – wyjaśnia prezydent Brejza.
Samorządowcy mnożą tego typu przykłady, choć już mniej oficjalnie. – W jednej z gmin badano proces przekształceń SPZOZ-ów w spółki i wykorzystywania przez nie majątku z udziałem środków unijnych. Być może kontroler znał się na zamówieniach publicznych, ale nie był już przygotowany do kontroli innych dziedzin. Używał obiegowych sformułowań takich jak „służba zdrowia”, choć w obrocie prawnym coś takiego nie funkcjonuje, jest za to „system ochrony zdrowia”. Kwestionował liczbę lekarzy przypadających na łóżko szpitalne, choć nie potrafił uzasadnić, dlaczego ma ich być więcej. Nie wiedział nawet, co to jest „trwałość projektu unijnego” – wskazuje samorządowiec.
Z kolei włodarz jednego z miast woj. lubuskiego narzeka na paraliżowanie pracy jego urzędników.
– Kiedyś kontrolerzy siedzieli u nas przez pół roku. Jedna kontrola wchodzi, druga wychodzi. Najgorsze jest to, że sprawdzane było to samo, co dosłownie przed chwilą zostało skontrolowane – żali się nasz rozmówca.
Najwyraźniej samorządowcy stracili cierpliwość. Jak wynika z ustaleń DGP, w grudniu w ramach jednej z największych korporacji samorządowych – Związku Miast Polskich – powołany zostanie specjalny zespół roboczy, który przyjrzy się pracy NIK-owców. Jak tłumaczy nam rzeczniczka ZMP Joanna Proniewicz, samorządowcy przygotują materiał zawierający przykłady kontroli z różnych miejsc w Polsce, których przebieg wzbudził wątpliwości lokalnych władz. Dokument ma trafić na biurko szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego.
Zdaniem rzecznika NIK Pawła Biedziaka, samorządowcy niepotrzebnie próbują rozdmuchiwać problem, którego nie ma. – Rocznie ze strony jednostek samorządu terytorialnego wpływa od 3 do 5 skarg na kontrolerów, czyli średnio niecałe 5 promili w stosunku do ponad tysiąca kontroli i 2–3 promile w stosunku do liczby kontrolerów – wylicza rzecznik. Dodaje, że do 85 proc. spośród wszystkich wystąpień pokontrolnych gminy w ogóle nie wnoszą zastrzeżeń, zgadzając się w pełni z ustaleniami i wnioskami, a 90 proc. wniosków pokontrolnych NIK jest realizowanych w gminach jeszcze w czasie kontroli lub bezpośrednio po jej zakończeniu. Co się dzieje z pozostałymi 15 proc. wystąpień NIK, do których gminy wniosły zastrzeżenia? – W drugiej instancji zespoły orzekające, jeszcze w ramach tej samej trwającej procedury kontrolnej, uwzględniają w całości lub w części ok. 45 proc. zastrzeżeń – przyznaje Paweł Biedziak.
Jak wynika z naszych ustaleń, najwięcej rozbieżności między Izbą a kontrolowanymi samorządami dotyczy funkcjonowania spółek komunalnych. NIK często stawia zarzuty, że za bardzo koncentrują się na działalności komercyjnej (np. sprzedaż paliwa, handel częściami), zamiast realizować zadania publiczne, takie jak np. dystrybucja wody czy odprowadzanie ścieków. Samorządowcy stoją zazwyczaj na stanowisku, że jest to konieczne do utrzymywania spółki we względnie dobrej kondycji finansowej, pozwalającej na realizację podstawowych zadań dla mieszkańców.
Według rzecznika NIK inicjatywa samorządowców może być związana z ostatnimi raportami Izby, które zaszkodziły wizerunkowo lokalnym władzom. – Przedmiotem kontrowersji były uwagi NIK dotyczące lokalizowania elektrowni wiatrowych na działkach burmistrzów, wójtów i radnych oraz przyjmowania przez samorządy darowizn od inwestorów w zamian za zmianę planu zagospodarowania przestrzennego, która umożliwiałaby wybudowanie farmy wiatrowej. Podobne kontrowersje wzbudza niedostateczny nadzór nad strażnikami gminnymi, co w wielu gminach doprowadziło do przekształcenia straży gminnych i miejskich w swoiste formacje fotoradarowe – wskazuje Paweł Biedziak.
– Lobby samorządowe, zwłaszcza tych najbogatszych jednostek, najchętniej wyzbyłoby się mechanizmów kontroli. Przez swoją inicjatywę samorządy chcą zmienić klimat dyskusji i walczyć o swoje interesy – uważa dr Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
– Trudno podejrzewać NIK o jakieś szczególne upolitycznienie. Przez samorząd przechodzi coraz więcej pieniędzy, dlatego kontrola społeczna musi rosnąć adekwatnie do skali wyzwań – dodaje.
Przez gminy przepływa coraz więcej pieniędzy. To wymaga kontroli