Kiedy pandemia będzie już w odwrocie, trzeba będzie niemal jednocześnie zorganizować od kilkudziesięciu do nawet kilkuset zaległych wyborów lokalnych. – Niewykluczone, że w pewnym momencie wszystkich 49 delegatur Krajowego Biura Wyborczego (KBW) będzie zajętych ich organizacją – mówi nam urzędnik wyborczy.

To efekt przesunięcia wszelkich przedterminowych i uzupełniających elekcji samorządowych oraz referendów lokalnych w związku z epidemią. – Takie sytuacje miały miejsce w okresie marzec-kwiecień 2020 r. oraz od listopada 2020 r. do chwili obecnej. Organy zarządzające wybory i referenda stosują się w tym zakresie do zaleceń generalnego inspektora sanitarnego – podaje KBW.

Chodzi o wybory organizowane w trakcie kadencji. Powodem może być wygaszenie mandatu wójta, burmistrza czy prezydenta (tak jest np. w Rzeszowie, gdzie po 18 latach prezydent Tadeusz Ferenc złożył rezygnację) lub radnego. Jeśli takie elekcje czy plebiscyty nie są organizowane – a biorąc pod uwagę aktualną sytuację epidemiczną, wygląda na to, że tak może być co najmniej do wiosny – powstaje wyborcza „górka”, którą w którymś momencie trzeba będzie rozładować.

Reklama
Od listopada w samorządach zawieszona jest organizacja wszelkich głosowań przedterminowych i uzupełniających oraz referendów lokalnych. Wcześniej podobna sytuacja miała miejsce w okresie marzec-kwiecień, czyli na początku epidemii w Polsce. Na razie ten stan zawieszenia potrwa do początku kwietnia br., ale z opcją wydłużenia.

Reklama
To powoduje, że nawarstwia się liczba odłożonych w czasie elekcji. – Wybory są zarządzane normalnie, a jeśli jest tylko jeden kandydat do rady, to są doprowadzane do końca, bo wtedy nie ma głosowania. Ale jeśli powinno się odbyć, to przesuwamy termin zakończenia kampanii i dzień głosowania – mówi nam urzędnik pracujący przy organizacji wyborów.
Jak dodaje Krajowe Biuro Wyborcze w odpowiedzi na pytania DGP, przesunięcie terminów wyborów nie dotyczy jedynie tych uzupełniających, które przeprowadzane są w jednym okręgu (w przypadku wyborów przedterminowych i referendów lokalnych odbywają się one na obszarze całej gminy, we wszystkich obwodach głosowania). – Ponadto wziąć należy pod uwagę, że w przypadku referendum decydującym czynnikiem jest frekwencja. Muszą one zostać zorganizowane w takim okresie, aby wszystkie osoby zainteresowane udziałem w nich mogły to zrobić, mając pewność, że jest to dla nich bezpieczne – wskazuje KBW. Dodaje, że zarządzanie wyborów i referendów w sytuacji, gdy sanepid zaleca ich przesunięcie, byłoby „nieodpowiedzialne oraz mogące stanowić zagrożenie dla wyborców i członków organów wyborczych”.
Jak duża jest skala tych przesunięć? KBW nie jest w stanie powiedzieć. – Wybory przedterminowe zarządzane są przez premiera, uzupełniające – przez wojewodów, referenda lokalne w sprawie odwołania organów jednostek samorządu terytorialnego – przez komisarzy wyborczych, a referenda lokalne w pozostałych sprawach – przez organ stanowiący danej jednostki samorządu terytorialnego. Biuro nie prowadzi statystyk obejmujących zmiany terminów – słyszymy.
Ale od jednego z urzędników słyszymy, że zazwyczaj tego typu głosowań mieliśmy między 4 a 6 tygodniowo, co oznacza, że już mamy zalegających kilkadziesiąt elekcji, a dojdą kolejne, bo przed nami co najmniej jeszcze półtora miesiąca utrzymania obecnego stanu zawieszenia. – Sytuacja nie jest do końca uregulowana prawnie, działamy trochę jak z wyborami prezydenckimi. W końcu kodeks wyborczy nie przewidział stanu epidemii – zwraca uwagę nasz rozmówca.
Wątpliwości co do przyjętego rozwiązania nie kryje sędzia Wojciech Hermeliński, były przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej. – Wybory prezydenckie były dużo większym przedsięwzięciem, choćby z uwagi na rekordowo wysoką frekwencję, a zorganizowano je pomimo pandemii. Tak więc nie wiem, czy obecny stan zawieszenia nie jest nadmierną ostrożnością. Pytanie, czy nie lepiej stopniowo organizować punktowe wybory w reżimie sanitarnym zamiast potem wszystko hurtem uruchamiać – zastanawia się sędzia.
W rządzie słyszymy tłumaczenia, że decyzja o zawieszeniu wyborów lokalnych wynika z opinii GIS. – Wybory prezydenckie to jednak była inna stawka, bez tych rozstrzygnięć groził nam paraliż państwa. W wyborach lokalnych w trakcie kadencji czy referendach często jest niska frekwencja, a przy pandemii mogłaby być śladowa – wyjaśnia osoba z rządu.
Najbardziej gorącym miejscem na wyborczej wiosennej mapie będzie Rzeszów, którego prezydent Tadeusz Ferenc zrezygnował. Jednocześnie nieoczekiwanie namaścił na swojego następcę posła PiS i wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła. Rzeszów zwiastuje kolejny konflikt w obozie Zjednoczonej Prawicy. Bowiem Warchoł jest politykiem Solidarnej Polski, która liczy, że wskazanie Ferenca plus partyjne zaplecze dają duże fory temu kandydatowi w wyścigu prezydenckim. Ale nie zanosi się na to, by start w wyścigu odpuścił PiS. Rzecznik partii Anita Czerwińska powiedziała, że głos w tej sprawie mają lokalne struktury partii, choć zapewne decyzja w sprawie miast o takim znaczeniu będzie musiała być zatwierdzona przez Komitet Polityczny PiS. Choć w partii nie ma przyjaznych nastrojów wobec kandydatury Warchoła. – Nie możemy sobie na to pozwolić, to nasz region. Warchoł nie ma co liczyć na nasz poparcie, sami musimy wystawić własnego kandydata – mówi nam inny polityk PiS. Poszukiwania kandydata już się zaczęły, w grę wchodzi m.in. wojewoda podkarpacki Ewa Leniart czy marszałek województwa Władysław Ortyl, ale także inni kandydaci. PiS już bada szanse swoich nominatów. Prawica nie może pochwalić się dużym stanem posiadania w miastach prezydenckich. Blisko 200-tysięczny Rzeszów byłby więc łakomym kąskiem.
Pierwszym testem będzie decyzja o tymczasowym następcy Ferenca, którego ma wskazać premier Morawiecki. I już to może doprowadzić do sporów w obozie rządzącym. Na razie pismo z rezygnacją prezydenta Ferenca trafiło na biurko wojewody, która teraz musi wystąpić do Mateusza Morawieckiego o wskazanie, jak mówi ustawa, „osoby wskazanej przez premiera” potocznie nazywanej komisarzem. – Nie ma mowy, żeby to był Marcin Warchoł – mówi nam jeden z naszych rozmówców z PiS, bo komisarz z dużym prawdopodobieństwem będzie kandydatem w wyborach, które powinny się odbyć do 9 maja.
Jeśli PiS i Solidarna Polska nie dogadają się w sprawie kandydata na prezydenta Rzeszowa, to możemy być świadkami kolejnej kłótni w obozie rządzącym i bratobójczego pojedynku wyborczego z szansą na przegraną. Bowiem choć Podkarpacie jest bastionem PiS, to w samym Rzeszowie sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. Ferenc był wieloletnim prezydentem miasta kojarzonym z lewicą, ale żyjącym dobrze z większością sił politycznych. Wygrał wybory na prezydenta miasta w I turze. Ale już jak wynika z II tury ostatnich wyborów prezydenckich Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski szli łeb w łeb. Ostatecznie Duda otrzymał 50,32 proc. głosów, a Trzaskowski 49,68 proc. To pokazuje, że przy podzielonej prawicy, jeśli opozycja się dogada ze sobą, to jej kandydat nie będzie bez szans. W PO trwają kalkulacje kogo wystawić. – Może Elżbieta Łukacijewska, ona ma dobre notowania w regionie, ale pewnie będą także inni – mówi nam polityk Koalicji Obywatelskiej. Ale swoje trzy gorsze zapewne będą chciały wtrącić także inne ugrupowania. – Rozważamy zarówno wystawienie własnego kandydata, jak i porozumienie się z resztą opozycji w tej sprawie – mówi Krzysztof Gawkowski, szef klubu Lewicy. Z kolei kandydatem ludowców, jak wskazuje nam polityk innego opozycyjnego ugrupowania, może być Czesław Siekierski, były europoseł, a teraz poseł ludowców. Ale polityk PSL w rozmowie z nami nie potwierdza tych doniesień. – Rozważamy różne koncepcje, ale idea wystawienia swojego kandydata w wyborach o charakterze większościowym może być dość karkołomna. Być może trzeba pomyśleć o wspólnym kandydacie opozycji, zwłaszcza gdy doszłoby do bratobójczej walki między kandydatami PiS i Solidarnej Polski – wskazuje.
Także jeden z naszych rozmówców z PO nie wyklucza, że opozycja wobec podziału na prawicy próbuje uzgodnić jednego kandydata.
Były szef PKW ma wątpliwości, czy należy odkładać lokalne głosowania