Od 500 zł do 850 zł trzeba już zapłacić za zagospodarowanie tony odpadów, których z każdym rokiem przybywa. Wiele samorządów, które do tej pory potrafiły zapanować nad rynkiem śmieciowym za połowę tej kwoty – a w zeszłych latach nawet ćwierć – dziś jest pod ścianą. Zaczyna się desperackie szukanie sposobów, by wyjść z impasu. Czyli zrównoważyć budżet przeznaczony na gospodarkę komunalną, a przy tym nie narazić się mieszkańcom drastyczną podwyżką cen i nie złamać przepisów, które nie pozwalają gminom dopłacać do systemu z innych źródeł.

Zatamować podwyżki, których pierwsza fala uderzyła w gminy na początku roku, miała nowelizacja ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (t.j. Dz.U. z 2019 r. poz. 2010 ze zm.). Uwolniła ona rynek i zniosła regionalizację, dzięki czemu samorządy nie są już dłużej przypisane „na sztywno” do najbliższej sortowni, tylko mogą wozić odpady tam, gdzie żądają mniejszej zapłaty.

Póki co efekt okazał się odwrotny od zamierzonego. To nie firmy i zakłady konkurują między sobą o śmieci z gmin, tylko to gminy walczą o to, by ktokolwiek wziął ich odpady, nie żądając przy tym znacząco wyższych opłat.

Ofiary wolnego rynku

W takiej sytuacji znaleźli się ostatnio włodarze Rzeszowa. Działająca na ich terenie spalarnia, która do tej pory przyjmowała w pierwszej kolejności śmieci od nich i okolicznych gmin, otworzyła się na odpady z innych regionów. Na odzew nie trzeba było długo czekać, bo oferty złożyło ponad 27 samorządów, a najwyższa zaproponowana cena wyniosła aż 720 zł za tonę. To ponad dwa razy więcej niż płacił do tej pory Rzeszów.

Negocjacje cenowe nie zakończyły się powodzeniem dla miasta. I nie zanosi się, by miało się to szybko zmienić, bo władze spalarni, która należy do PGE Energia, nie mogą wybrać gorszej oferty. Byłoby to bowiem działanie na niekorzyść spółki. A dwie złożone przez Rzeszów oferty, kolejno na ok. 330 zł, a później 335 zł, znacząco odstają od pozostałych. Zarząd spółki nie kryje, że popyt jest wielki.

– By przebić taką ofertę, musielibyśmy podnosić koszty dla mieszkańców o kilkaset procent – mówi Maciej Chłodnicki, rzecznik prezydenta Rzeszowa.

Jak trwoga to do rządu

Niedawno prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc zaapelował do ministra klimatu Michała Kurtyki o interwencję i „wstrzymanie” zmian dotyczących zniesienia regionalizacji. Pod listem, w którym domagają się „ukrócenia praktyk monopolistycznych” rzekomo stosowanych przez właścicieli spalarni w Rzeszowie, podpisali się również samorządowcy z ościennych gmin.

Lokalni politycy z Podkarpacia połączyli też siły na czas spotkania z wicemarszałkiem województwa Piotrem Pilchem, a także wiceministrem sprawiedliwości Marcinem Warchołem, który miał obiecać samorządom, że rozpocznie prace nad zmianą ustawy i będzie dążył do przywrócenia poprzednich, korzystniejszych dla Rzeszowa regulacji.

– Nie zgadzamy się na to, by do spalarni trafiały śmieci z miejscowości oddalonych o setki kilometrów. Zwłaszcza że PGE już na etapie budowy obiecywało, że będzie odbierać od nas odpady – mówi prezydent Ferenc.

Na własną rękę

Przedłużający się pat skłania samorządy do budowy własnej spalarni, która – w przeciwieństwie do zakładu PGE – należałaby do miasta lub powstała np. w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. Miałoby to zapewnić lepszy nadzór nad gospodarką komunalną.

Zdaniem samorządowców pozwoliłoby to też utrzymać ceny na niższym poziomie, tak jak w innych miastach, gdzie instalacje termicznego przekształcania należą do spółek miejskich. W Krakowie wynoszą one 235 zł za tonę, w Bydgoszczy 243 zł, w Białymstoku 248 zł, w Koninie 356 zł, w Poznaniu 266 zł.

Sęk w tym, że budowa spalarni to wydatek rzędu setek milionów złotych, który – z uwagi na długotrwałą procedurę uzyskiwania zgód środowiskowych, konsultacji społecznych i uzgodnień – potrafi zająć kilka lat. A problem z brakiem instalacji do zagospodarowania odpadów jest tu i teraz.

Samorządowcy z Rzeszowa nie są jednak w awangardzie zmian. Grono gmin zainteresowanych budową własnej spalarni poszerzyło się o Stalową Wolę, która ogłosiła ostatnio 100 proc. podwyżki opłat dla mieszkańców. Magistrat zapowiedział już, że przygotowuje się do inwestycji, która ma pozwolić „stabilizować cenę” za odpady.

Rządowa niewiadoma

Do podobnej inwestycji przymierzają się również włodarze z Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. W przyjętym niedawno projekcie uchwały intencyjnej, która daje „zielone światło” dalszym działaniom, zarząd GZM wskazuje, że chce umieścić swój projekt na ministerialnej liście inwestycji dopuszczonych do realizacji.

źródło: DGP

To nowy wymóg, który wprowadziła ostatnia nowelizacja ustawy o odpadach. Zgodnie z nią to minister środowiska będzie zatwierdzał inwestycje w spalarnie, co do tej pory pozostawało w gestii marszałków. Lista ma powstać na początku przyszłego roku i do tego czasu władze Metropolii dają sobie czas, by określić model biznesowy przedsięwzięcia.

Problemy są przy tym co najmniej dwa. Po pierwsze, jak zwraca uwagę członek zarządu Metropolii Grzegorz Podlewski, do tej pory nie wydano jeszcze ani rozporządzenia, ani wytycznych, co powinno znaleźć się we wniosku o pozwolenie na budowę spalarni.

Po drugie, wielką niewiadomą jest, kto będzie podejmował te decyzje. Po przetasowaniu na ministerialnych stanowiskach nikt nie wie, komu przypadnie sporządzenie listy. Będzie to albo minister klimatu Michał Kurtyka, który miał przejąć zdecydowaną większość kompetencji resortu środowiska, albo minister Michał Woś, odpowiedzialny za podzielenie ministerstwa środowiska.