Samorządy nie dość, że otwarcie popierają strajkujących nauczycieli, to jeszcze prowadzą własną wojnę z rządem, dotyczącą zaniżonej – ich zdaniem – subwencji oświatowej. Niebawem lokalne władze sięgną po oręż, który już kilkakrotnie zapowiadały – pozew zbiorowy największych miast przeciwko Skarbowi Państwa w związku z kosztami, jakie poniosły przy wdrażaniu reformy oświatowej. A których – jak przekonują – ponieść nie powinny.

Prace nad pozwem są finalizowane, koordynują je władze Warszawy. – Szacujemy, że ostateczna kwota zawarta w pozwie będzie zbliżona bardziej do 200 mln zł aniżeli do 100 mln zł – ocenia jeden z samorządowców.

Nie wszystkie miasta chcą zdradzać szczegóły prowadzonych działań ani kwot roszczeń, z którymi wystąpią. Wody w usta nabierają np. urzędnicy Bydgoszczy i Gdańska. Więcej do powiedzenia mają władze stolicy. – Łączna kwota poniesionych dotąd przez Warszawę wydatków, związanych z reformą oświaty, wyniosła ponad 52,7 mln zł – podlicza Katarzyna Pienkowska ze stołecznego ratusza. Wskazuje, że o dodatkowe środki na reformę oświaty samorządy mogły się ubiegać w ramach podziału 0,4 proc. rezerwy części oświatowej subwencji ogólnej na rok 2017. – Na wdrożenie zmian w oświacie Warszawa otrzymała z ówczesnego Ministerstwa Rozwoju i Finansów w 2017 r. kwotę 3,5 mln zł – wskazuje nasza rozmówczyni.

W pozostałych miastach szacowane koszty są wyraźnie niższe. – Dodatkowe koszty w latach 2017–2018, przeznaczone na remonty i inwestycje, zakup wyposażenia do nowo tworzonych sal i świetlic oraz na zakup pomocy dydaktycznych wyniosły w Białystoku około 3,1 mln zł. Wydatkowano także ok. 3,8 mln zł na wypłatę odpraw zwalnianym nauczycielom. Ponadto ok. 1,3 mln zł przeznaczono na przygotowanie miejsc w przedszkolach dla dzieci sześcioletnich. Czyli łącznie ok. 8,2 mln zł – podlicza Kamila Bogacewicz z urzędu miasta w Białymstoku.

Podobną kwotę (ok. 8 mln zł) zamierza wykazać Rzeszów. Lublin swoje wydatki podsumowuje na ok. 20 mln zł. Podobnie jak Warszawa, otrzymał dodatkowo pieniądze z subwencji ogólnej (z 0,4 proc. rezerwy) w latach 2017–2018 na kwotę niespełna 1,8 mln zł.

Samorządowcy przyznają, że przygotowanie pozwu zbiorowego to czasochłonny proces. – Miasta gromadzą niezbędną dokumentację. Polega to m.in. na sprawdzeniu i zestawieniu tysięcy faktur z poszczególnych szkół – informuje Katarzyna Pienkowska z urzędu miasta w Warszawie. W Białymstoku słyszymy, że przy szacowaniu kosztów pod uwagę brane są „wydatki rzeczowe”, a w proces kompletowania kopii faktur zaangażowanych jest „wiele osób”.

Jakie podstawy prawne zamierzają wskazać miasta w pozwie? Będą chciały udowodnić, że wdrożenie ostatnich zmian oświatowych wiązało się z poniesieniem przez nie dodatkowych kosztów, które nie zostały rozliczone przez Skarb Państwa. A taki obowiązek – w opinii władz lokalnych – wynika z art. 167 ust. 1 i 4 konstytucji. Pierwszy przepis mówi o tym, że „jednostkom samorządu terytorialnego zapewnia się udział w dochodach publicznych odpowiednio do przypadających im zadań”. Kolejny stanowi, że „zmiany w zakresie zadań i kompetencji jednostek samorządu terytorialnego następują wraz z odpowiednimi zmianami w podziale dochodów publicznych”. Oba przepisy mają być wskazane w powiązaniu z art. 9 ust. 2 i 4 Europejskiej Karty Samorządu Terytorialnego (którą Polska zobowiązała się przestrzegać w 1993 r.) oraz art. 28 ust. 1, 2 i 3 ustawy o dochodach jednostek samorządu terytorialnego.

Jeden z prawników znających temat, którego poprosiliśmy o ocenienie szans szykowanego pozwu, mówi, że dla niego więcej w nim jest PR-u niż merytoryki. – Edukacja jest zadaniem własnym gminy, a nie zleconym, na które musi otrzymać środki odpowiadające rzeczywistym kosztom. Pytanie więc, na ile mamy do czynienia z kosztami, które powinny być zrefundowane, i czy faktycznie mamy tu do czynienia ze szkodą – zastanawia się nasz rozmówca.

źródło: DGP

Politycy Prawa i Sprawiedliwości krytykują inicjatywę samorządów. – Duża część z nich nie jest bezstronna w trwającym sporze oświatowym i wspiera nauczycieli, zwłaszcza tych związanych z ZNP – ocenia poseł partii rządzącej Jerzy Wilk. – Władze lokalne walczą o wyższą subwencję, bo tam zawierają się m.in. wydatki na wynagrodzenia nauczycieli i w naturalnym interesie samorządów jest to, by walczyć o większe pieniądze. Ale sama inicjatywa pozwu zbiorowego ma charakter polityczny i wygląda na podyktowaną kalendarzem wyborczym – dodaje.

Innego zdania jest Jan Grabiec z Platformy Obywatelskiej. – Koszty wykazywane przez samorządowców są rzetelnie policzone. My też zwracaliśmy uwagę, że nie ma wystarczających środków na reformę minister Zalewskiej. Nic dziwnego, że teraz domagają się zwrotu kosztów – ocenia. Jego zdaniem pozew ma dwa cele. Pierwszy to wykazanie rządowi, ilu środków brakuje na reformę oświaty. Drugi to zabezpieczenie się przed planowanymi podwyżkami dla nauczycieli, których koszt rząd może spróbować przerzucić na władze lokalne.