Przez gminy przetacza się fala podwyżek za odbiór śmieci. Firmy proponują dużo wyższe ceny za usługi i grożą zrywaniem umów. Już zdarza się, że śmieci zalegają na ulicach. Nie ma pan wrażenia, że w branży odpadowej możemy mieć do czynienia z podobną sytuacją, co w branży energetycznej i galopującymi cenami prądu?

Docierają do nas różne sygnały, które dogłębnie analizujemy. Zaryzykuję stwierdzenie, że część podmiotów działających na rynku gospodarki odpadami właśnie kręci na siebie bicz. Jeśli prawdą jest to, że na niektórych instalacjach odbierających odpady w ciągu roku ceny wzrosły o 100 proc., to trudno znaleźć jakiś racjonalny powód, który mógłby spowodować aż taką podwyżkę. Oczywiście niedawno mieliśmy wybory samorządowe i zapewne część włodarzy tak zarządzała kosztami, by były jak najniższe. Kiedy przeprowadziliśmy ankietę w ponad połowie gmin, okazało się, że stawka za odbiór śmieci wzrosła średnio o 3 zł, np. z 9 do 12 zł. Widocznie wiele gmin stosowało dotąd zaniżone stawki i okres powyborczy przyniósł ich urealnienie. Jeśli jednak cena na samych instalacjach wzrasta o 100 proc. i więcej, to naprawdę trudno to racjonalnie wytłumaczyć.

Czy będziecie w takim razie kontrolować skalę tych podwyżek?

Wiem, że UOKiK jest zainteresowany tym obszarem, jesteśmy w stałym kontakcie w tej sprawie. Pamiętajmy, że mówimy o rynku częściowo regulowanym przez samorządy czy plany gospodarki odpadami. Problem w tym, że samorządy próbują też przerzucać odpowiedzialność na rząd, by ukryć swoją niegospodarność lub wieloletnie zaniechania.

Rząd nakaże renegocjację kontraktów na odbiór śmieci, gdy okaże się, że podwyżki były niezasadne?

Przykłady z innych sektorów pokazują, że w niektórych przypadkach i określonych warunkach, gdy mamy do czynienia z takimi praktykami, państwo reaguje. Tak było w przypadku gospodarki wodnej – dzięki wprowadzeniu nowego prawa wodnego, ceny wody np. w Warszawie, zamiast wzrosnąć, spadły. Analizujemy różne scenariusze, szukamy skutecznych rozwiązań.

Powołacie narodowego regulatora cen śmieci?

Na ukończeniu są prace nad nowelizacją ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach, projekt został przekazany do rozpatrzenia przez Komitet Stały Rady Ministrów. Ta regulacja jest dla nas ważna, wsłuchujemy się w różne głosy. Na pewno to, że opłaty na instalacjach rosną o 100 proc., nie jest normalną sytuacją. W ustawie, nad którą pracujemy, RIPOK-i (regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych – red.)będą zmuszone do przedstawiania bardziej szczegółowej kalkulacji kosztów. Nie będzie już można jej sprowadzić wyłącznie do jednej pozycji „koszty operacyjne”. Chcemy, aby były wskazywane wszystkie koszty składowe. Już taka regulacja dużo zmieni.

Pana resort chce umożliwić radom gmin dopłacanie mieszkańcom do stawek śmieciowych. Samorządy twierdzą, że to zły pomysł, że na dopłaty zdecydują się tylko te, które na to stać.

Przepis umożliwiający gminom dopłaty do stawek opłat za gospodarowanie odpadami został wprowadzony na wniosek wielu gmin, które chciałyby z takiej możliwości skorzystać. Ma charakter dobrowolny i jest jednym z wielu mechanizmów wprowadzonych w tej nowelizacji w celu przeciwdziałania nieuzasadnionym podwyżkom opłat za przetwarzanie odpadów odebranych od mieszkańców.

Sytuacja zdaje się najtrudniejsza na Mazowszu, nie tylko pod kątem cen, lecz także w związku z zalegającymi śmieciami i firmami, które z dnia na dzień zrywają kontrakty.

To jedyne województwo, w którym od półtora roku nie ma wojewódzkiego planu gospodarki odpadami (WPGO) wskutek błędów marszałka. Na Mazowszu nie było więc ostatnio żadnych inwestycji, bo bez WPGO jest to niemożliwe. A jego poprzednie wersje zawierały wiele błędów. Rolą ministra środowiska jest opiniowanie takiego planu, a nie wchodzenie w rolę marszałka i przygotowanie go za niego. Niestety, marszałek Adam Struzik przez półtora roku nie podejmował żadnych prac nad WPGO i trzeba było wyroku NSA, by zmienił zdanie. Aktualna wersja WPGO ma już pozytywną opinię ministra i od miesiąca czekamy tylko na uchwałę sejmiku woj. mazowieckiego. Problem polega też na tym, że marszałek długo zwlekał z wydawaniem pozwoleń zintegrowanych dla instalacji. W efekcie Mazowsze jest jedynym regionem, w którym wiele instalacji takich pozwoleń nie ma. A próby obciążania za to ministra są nieuzasadnione. My jesteśmy tylko organem odwoławczym.

Krajowe Forum Dyrektorów Zakładów Oczyszczania Miast, przedstawiające się jako „organizacja skupiająca całą branżę gospodarki odpadami komunalnymi”, wystosowało pismo do ministra środowiska Henryka Kowalczyka, w którym prosi o „niezwłoczne i radykalne działania w celu zahamowania wymuszonych obowiązującymi i kolejnymi przepisami wzrostów kosztów firm z sektora obsługującego mieszkańców”.

To bardzo ciekawe. W 2014 r. Polska podpisała mapę drogową. W tym dokumencie były określone warunki ex ante, których wypełnienie pozwoliło uwolnić 1,3 mld euro na gospodarkę odpadami: aktualizacja krajowego i wojewódzkich planów gospodarki odpadami, a także opłata marszałkowska za składowanie odpadów, które nigdy nie powinny trafiać na składowiska. Jaki jest sposób, by to nie miało miejsca? Właściwa segregacja odpadów. Niektóre gminy zwlekają z wprowadzeniem właściwych zasad i pomijają kampanie edukacyjne. Na przykład Warszawa rocznie traci 20 mln zł na płacenie za to, że na składowiska trafiają odpady, które trafiać tam nie powinny. Minister środowiska jest takim „pasem transmisyjnym” między tym, co dzieje się w UE i w samorządach. Ostatecznie to samorząd jest odpowiedzialny za gospodarkę odpadami na poziomie lokalnym i nie może uciec od odpowiedzialności.

Jak w takim razie przeciwdziałać podwyżkom cen za śmieci?

Kluczowa jest właściwa segregacja. Zdarzają się niepokojące zjawiska na rynku, ale pewna skala podwyżek wynika niejako z niegospodarności gmin, które nie wprowadziły na czas selektywnej zbiórki – mieszkańcy de facto płacą karę za zaniechania gmin. A to choćby kwestia właściwej infrastruktury. W Barcelonie na ulicy, w pasie drogowym, stoją pojemniki na odpady, ludzie wychodzą z domów i z nich korzystają. W Warszawie dzielenie odpadów na suche i mokre powoduje, że nie nadają się one do recyklingu. Nawet Pcim, na który w rozmowie z panem redaktorem powołał się niedawno wiceprezydent stolicy Michał Olszewski, ma wyższy poziom recyklingu niż Warszawa. Odwlekanie wprowadzenia właściwej selektywnej zbiórki pokazuje nieskuteczność władz stolicy. I powoduje wzrost kosztów systemu.

Państwo też w ostatniej chwili, bo pod koniec 2018 r., odwlekli wprowadzenie nowych zasad selektywnej zbiórki z 2019 na 2020 r.

Od 2014 r. było jasne, że trzeba będzie wprowadzić jednolite standardy selektywnej zbiórki. Mamy też do osiągnięcia unijne poziomy recyklingu pod groźbą kar finansowych. Rozporządzenie, które wprowadza nowy system segregacji odpadów, weszło w życie 1 lipca 2017 r. Już wtedy system ten funkcjonował w ponad połowie polskich gmin, a kolejne wdrażały go sukcesywnie. Był czas na dostosowanie się i wymianę pojemników. Wprowadzono też przepis przejściowy, że ważne są dotychczas zawarte umowy w gminach, aby nie naruszać praw nabytych. Jeśli jakiś samorząd ma umowę np. do 2021 r., może prowadzić zbiórkę na dotychczasowych zasadach. Warszawa sama aneksowała umowę do 1 stycznia 2019 r. i w ten sposób spowodowała, że miała mniej czasu na dostosowanie się do nowego systemu segregacji, a dziś próbuje robić coś na gwałt. Warszawie pomogło więc to, że przesunęliśmy możliwość korzystania z przepisów przejściowych. Gdyby stolica podjęła próbę wprowadzenia nowego systemu etapowo, tak jak zapowiadała, złamałaby prawo. Żadne przepisy nie przewidują takiej możliwości.

Ile gmin dostosowało się już do nowego rozporządzenia w zakresie selektywnej zbiórki?

Większość. Połowa gmin była już gotowa w lipcu 2017 r., kiedy system został wprowadzony. Ostatnio już ok. 80 proc. gmin odpowiedziało w naszej ankiecie, że wprowadziły system.

Porozmawiajmy chwilę o nowym podziale na frakcje. W nowym systemie do innego pojemnika trzeba wrzucać np. odpadki warzywne i owocowe, skorupki jaj czy bezmięsne resztki jedzenia, a do innego mięso, kości czy tłuszcze zwierzęce. Pogubić się w tym można. Zamiast trzech pojemników, będzie pięć. Już jest problem, gdzie je dostawić, gdy nie mieszczą się w altanach śmieciowych. Nie wspominając o tym, że przy zaledwie trzech pojemnikach segregacja w dużych blokach to często fikcja.

Kluczowa dla właściwego wprowadzenia systemu jest odpowiednia kampania informacyjna, która w prostej i czytelnej formie poinformuje mieszkańców o zasadach segregowania odpadów. Ludzie muszą też widzieć sens w segregacji. Jeśli włodarz miasta mówi, że segregacja się nie opłaca, że nie ma sensu, to trudno wymagać, by mieszkańcy myśleli, że jest inaczej.

A kto tak mówi?

Chociażby wiceprezydent stolicy Michał Olszewski, który przekonuje, że segregacja nie niesie wartości dodanej. A przecież docelowy model powinien wyglądać tak, że jak najwięcej odpadów, zamiast na składowiska, jedzie do recyklera, a gmina, uzyskując zysk ze sprzedaży dobrej jakości surowców do recyklerów, dofinansowuje system i ma możliwość nawet obniżyć opłaty dla mieszkańców.

Nawet jeśli zgadzamy się, że segregacja na pięć frakcji, a nie na trzy, jest konieczna, to wciąż pozostaje pytanie – gdzie pomieścić te wszystkie kubły i pojemniki?

Miasto powinno zapewnić infrastrukturę, nie tylko altanki śmieciowe, ale też pojemniki na zewnątrz, np. w pasie drogowym. Przykładowo w Stambule kontenery schowane są pod ziemią, skąd wyciąga je specjalny samochód. W Polsce niestety gminy mają problem z infrastrukturą odpadową. A przecież gminy mogą aplikować o środki europejskie, aby swoje systemy odpowiednio zmodernizować. Potrzebna jest też właściwa kampania edukacyjna. Nie wymaga to specjalnego wysiłku, bo do wykorzystania są materiały informacyjne ministerstwa. Skorzystał z nich np. Milanówek w swojej kampanii. Wystarczy chcieć.

Co pan zrobi, jeśli pod koniec tego roku przyjdą do pana samorządowcy i powiedzą: „Panie ministrze, nie jesteśmy jeszcze gotowi na nowy system”? Znów termin zostanie przesunięty, tym razem na 2021 r.?

Termin wdrożenia nie został przesunięty, ponieważ system wszedł w życie 1 lipca 2017 r. Przesunięta została natomiast możliwość korzystania, w pewnych określonych okolicznościach, z okresów przejściowych. Dynamika europejska nie pozwoli na jego dalsze przesuwanie. Zgodnie z dyrektywą w sprawie odpadów państwa członkowskie zostały zobowiązane do 2020 r. do osiągnięcia minimum 50 proc. wagowo poziomu przygotowania do ponownego użycia i recyklingu odpadów komunalnych, przynajmniej takich jak papier, metal, plastik i szkło. Brak realizacji powyższej dyrektywy będzie skutkował nałożeniem na Polskę wysokich kar finansowych za niewypełnienie zobowiązań wobec UE na poziomie od 5 tys. do 300 tys. euro dziennie. Poza tym wiemy, że nieprzygotowanych samorządów nie ma już aż tak dużo. Wiele z nich sobie dobrze radzi, i to mimo tej presji cenowej, którą obserwujemy na rynku.