Stawki za odpady mogą wzrosnąć o 76 proc. - przekonują radni PiS. Ratusz uzależnia swoje plany od ofert, których otwarcie w piątek. - Zakładamy, że opłaty zostaną urealnione - mówi Michał Olszewski.
Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy fot. Wojtek Górski / DGP
Trwa pat w sprawie warszawskich śmieci. Resort środowiska twierdzi, że za chwilę będziemy mieli w stolicy drugi Neapol, bo miasto za późno wzięło się za przetargi i przygotowania do zmiany systemu segregacji. Śmieci warszawiaków będą wywożone po 1 stycznia?
Odebrane będą na pewno, to mogę zagwarantować. Wiosną 2016 r. ostrzegaliśmy, że przepychane kolanem przez Kukiz’15 i PiS rozwiązania dotyczące odbioru odpadów skończą się za 3–4 lata kryzysem w każdej gminie. W podobnej sytuacji co my są dzisiaj nasi sąsiedzi, np. mieszkańcy Piaseczna czy Grodziska Mazowieckiego. Mimo to podkreślam – po 1 stycznia śmieci będą odbierane. Bardziej martwimy się o to, czy będą działać instalacje, do których mamy je wozić.
Czyli śmieci będą wywiezione, tylko nie będzie wiadomo, co dalej z nimi zrobić, gdzie je utylizować.
Tak. Umowy na zagospodarowanie odpadów podpisaliśmy już kilka miesięcy temu. Z czterech wyłonionych w przetargu instalacji tylko jedna, miejska, ma dzisiaj pozwolenie na działalność. Pozostałym co prawda marszałek województwa pozwolenia wydał, ale minister środowiska je uchylił.
I co teraz? Śmieci warszawskie trzeba będzie wywozić do innych województw?
Zgodnie z przepisami tego nam nie wolno robić. O tym, dokąd można wozić odpady, decyduje wojewódzki plan gospodarki odpadami (WPGO). A ten został uchylony przez wojewodę mazowieckiego w ub.r.
I co w tej sytuacji?
Plan zawsze wskazuje instalacje zastępcze. Problem w tym, że te wskazane dla Warszawy również nie mają pozwoleń. To zamknięty krąg. Oczywiście przygotowujemy pewne rozwiązania kryzysowe, ale miejmy nadzieję, że nie będą potrzebne. Na razie wspólnie z sąsiednimi gminami sygnalizujemy bardzo poważne zagrożenie, na które nie mamy żadnego wpływu. Czekamy na nowy plan, nad którym minister środowiska pracował kilka miesięcy. Dopiero po naszej konferencji doszły nas słuchy, że minister środowiska Henryk Kowalczyk rozważa jego uzgodnienie. Odpowiedni dokument trafił do marszałka pod koniec ub. tygodnia. Ale na tym nie koniec. Jeśli WPGO zostanie przyjęty, to jeszcze pozostaje problem pouchylanych przez ministra środowiska pozwoleń zintegrowanych dla instalacji.
Nowy system zbiórki śmieci wchodzi w życie od 1 stycznia. Tymczasem wy jednostronnie poinformowaliście, że będzie on wdrażany stopniowo. Skąd przeświadczenie, że tak można?
Gdy minister przyjmował rozporządzenie dotyczące nowych zasad zbiórki, sygnalizowaliśmy, że jest ono złe. Rozporządzenie mówi wprost, że każda nowa umowa z firmą odpadową po lipcu 2017 r. musi implementować nowy system. Jesteśmy miastem, które ma 130 tys. punktów odbioru odpadów i 300 tys. pojemników do dostawienia. Nie ma siły i potrzeby, by dokonać takiej zmiany z dnia na dzień. Po pierwsze, generuje to potężne zamieszanie, a po drugie, jest to operacja, która kosztowałaby mieszkańców kosmiczne pieniądze. Działamy rozsądnie i wprowadzamy rozwiązanie korzystne dla nich. Owszem, od 1 stycznia mamy zapewnić nowy system selektywnej zbiórki. Ale będzie on wchodził stopniowo przez pierwszy kwartał. Chodzi o to, by i firmy, i mieszkańcy mogli się przygotować. Działamy w granicach prawa. Nie można jednak oczekiwać, że Warszawa będzie tak samo traktowana jak Pcim. Choć może nie jak Pcim, bo przecież teraz to kuźnia talentów.
Tylko jak wasze podejście wygląda z punktu widzenia jakości stanowienia prawa w Polsce? Ot tak uznaliście, że system wdrożycie stopniowo. Równie dobrze ja mógłbym zadeklarować, że przez I kwartał 2019 r. będę wnosił tylko połowę opłaty śmieciowej, a potem jakoś to wam wyrównam.
Tyle że my system wdrażamy z początkiem roku.
Ale tego dnia pod moim blokiem nadal będą trzy pojemniki zamiast pięciu, czego wymagają przepisy.
Działamy zgodnie z rozporządzeniem, które mówi, że każda nowa umowa z firmą odpadową musi przewidywać nowy system selektywnej zbiórki. I tak robimy. Niektóre gminy, próbując wybrnąć z tego nieszczęsnego przepisu, korygują regulamin, niektóre interpretują, że to nie dotyczy umów „przejściowych” – w mojej ocenie to już jest poszerzanie interpretacji rozporządzenia ministra środowiska. U nas implementacja tego aktu nastąpiła i będzie wdrażana stopniowo. Skoro minister uparł się i nas nie słuchał, my sami szukamy rozwiązań optymalnych dla mieszkańców.
Minister Kowalczyk ma do was pretensje także o to, że nie prowadzicie żadnej kampanii uświadamiającej 2 mln warszawiaków, że lada moment istotnie zmieni się system selektywnej zbiórki śmieci.
Kampania taka była przez nas prowadzona już rok temu.
I myśli pan, że dziś ktokolwiek o niej pamięta?
Przeprowadziliśmy konsultacje społeczne, organizowaliśmy spotkania z mieszkańcami, zbieraliśmy ich opinie. Ja rozumiem, że z gabinetu ministra nie widać mieszkańców, ale nie potrafię zrozumieć rządu, który potrafił chwalić się, że będzie rozdawać rękami samorządów 500 plus, a jak funduje mieszkańcom „prezent” w postaci zmiany systemu śmieciowego, który będzie kosztować nas wszystkich dwa razy więcej niż dotychczas, to nawet się nie zająknął. Nic nie stało na przeszkodzie, by minister środowiska zorganizował kampanię ogólnokrajową, tłumaczącą nowy system selektywnej zbiórki, bo przecież będzie taki sam w całej Polsce. My ze swoją najnowszą kampanią ruszyliśmy w ostatni weekend.
Mówi pan, że system będzie dwa razy droższy. Czyli czekają nas podwyżki opłat?
Niestety wszystkie zmiany, które przez ostatnie dwa lata wdrożył rząd PiS, będą miały znaczący wpływ na ceny odbioru i zagospodarowania odpadów. W polskich miastach i gminach koszty systemu wzrastają nawet 2,5-krotnie – widać to w przetargach rozstrzyganych przez gminy. Oferty są z miesiąca na miesiąc coraz droższe, o 50–150 proc. Chcę jednak podkreślić – mieszkaniec od 1 stycznia nie zapłaci większej opłaty.
Jak to możliwe?
Zmiany taryfy nie będzie od 1 stycznia wyłącznie dlatego, że musimy znać drugą stronę rachunku. Czyli wiedzieć, ile będzie kosztować nasz system. A będziemy mieli tę wiedzę dopiero wtedy, gdy rozpatrzymy oferty w dużym przetargu. Wówczas zaproponujemy radnym rozwiązanie tego problemu. Przy okazji chcemy rozprawić się z systemem odpadowym, który naszym zdaniem jest niesprawiedliwy. Chcemy zbudować bardziej sprawiedliwy.
To znaczy jaki?
Dziś opłata za odpady jest najniższą pozycją w budżecie domowym, po rachunkach za prąd, telefon, wodę, ścieki itp. W dodatku system, w którym deklaruje się liczbę osób w gospodarstwie domowym i na tej podstawie ustala opłaty, jest zdaniem ekspertów nieszczelny i nieweryfikowalny. Ciężko sprawdzić, ile osób rzeczywiście mieszka w danym gospodarstwie domowym. Poza tym mamy spory segment mieszkań zarejestrowanych na jedną osobę, a funkcjonujących jako mikroapartamenty, i nie wiemy, ilu jest faktycznych użytkowników. Dlatego chcemy zaproponować radnym alternatywnie dwa inne systemy przewidziane ustawą. W grę wchodzi naliczanie opłat w zależności od metra sześciennego zużywanej wody lub od metra kwadratowego zajmowanej powierzchni. Oczywiście nie będzie to miało przełożenia 1:1, ustawa pozwala różnicować stawki. Zleciliśmy analizy w tym zakresie, jesteśmy w trakcie ich odbioru. Zakładamy, że stawki zostaną dzięki temu urealnione. Część gospodarstw domowych być może nie odczuje tych zmian w stawkach. Wszystko zależy od rozłożenia kosztów systemu, które dopiero poznamy.
Cały wywiad czytaj na Dziennik.pl