To jedna z najbardziej kontrowersyjnych zmian zaproponowanych w kolejnej już nowelizacji prawa wodnego (Dz.U. z 2018 r. poz. 650 ze zm.), która rozpętała prawdziwą burzę wśród przedstawicieli branży wodociągowej. Dlaczego? Projektodawca, czyli Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, przewiduje w niej bowiem, że szefom spółek komunalnych groziłaby odpowiedzialność karna za nieprawdziwe dane dotyczące m.in. zużycia wody, którą pobierają od nich prywatne firmy obsługiwane na terenie danej gminy.

Taką rewolucję przyniosłaby projektowana zmiana w art. 552 ustawy, który dotyczy oświadczeń składanych Państwowemu Gospodarstwu Wodnemu Wody Polskie przez przedsiębiorstwa wodociągowo-kanalizacyjne w celu ustalenia wysokości opłat za usługi wodne. Projektodawca zakłada, że członkowie zarządów takich spółek będą składali podpisy pod rygorem odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań.

Szkopuł w tym, że wodociągowcy nie mają jak w praktyce zweryfikować danych, które dostaliby od prywatnych podmiotów odbierających od nich wodę. Innymi słowy, samorządowcy boją się, że zapłacą za błędy, których nie mogą uniknąć, i przyjdzie im wziąć odpowiedzialność za nieprawidłowości niemożliwe do sprawdzenia.

Liczenie na oko

– Ta zmiana to przerzucenie odpowiedzialności za nieprawdziwość danych przedłożonych przez odbiorców na jednostki składające oświadczenie, czyli spółki wodociągowe – mówi Dorota Jakuta, prezes Izby Gospodarczej „Wodociągi Polskie” (IGWP).

Jednym z największych problemów jest to, że inteligentne systemy pomiarowe, które mogłyby dostarczyć niezbędnych informacji, są w Polsce słabo rozwinięte. – Istotną kwestią jest także okoliczność, iż każdy pomiar może być obarczony błędem, a urządzenie pomiarowe może się uszkodzić – dodaje też prezes IGWP.

Izba wskazuje też, że – nawet gdyby uznać opomiarowanie wszystkich odbiorców i zbieranie od nich danych za uzasadnione – to i tak spółki nie uzyskają w czasie odczytu wodomierzy wszystkich informacji o zużyciu wody, które byłyby potrzebne do złożenia „bezpiecznego” oświadczenia. Dlaczego? Bo takie dane pozwolą jedynie ustalić, jaka jest struktura sprzedaży, a nie poboru wody ze odbiornika do różnych celów.

Jak wyjaśnia Paweł Sikorski, adwokat IGWP, różnica jest niezwykle istotna, bo struktura sprzedaży nie może być użyta do obliczenia opłaty za pobór bez szczegółowego algorytmu doliczania do ilości sprzedaży różnic bilansowych w sieci.

– Sytuacja staje się jeszcze bardziej skomplikowana, gdy przedsiębiorstwo posiada ujęcia wody podziemnej i powierzchniowej i miesza wodę w systemie. Wtedy już zupełnie niemożliwe jest podzielenie tych strumieni i przyporządkowanie do sprzedaży wody z określonego ujęcia (typu pobranej wody) i obciążenie opłatą za dany rodzaj pobranej wody do celów określonych w ustawie – tłumaczy ekspert.

Efekt jest taki, że chociaż spółki komunalne posiadają wodomierze w miejscu poboru wody, to nie są już w stanie określić, ile wody należy przypisać do konkretnego celu, na jaki jest pobierana. A tego miałby wymagać od nich ustawodawca.

Wierzchołek góry lodowej

Stąd też, w ocenie samorządowców i branży, stawianie takich wymogów i szykowanie bata w postaci przepisów karnych – w sytuacji gdy nie ma jasności w przepisach co do zasad wyliczania niektórych opłat – to już krok za daleko.

Zwłaszcza że nawet w projektowanej ustawie, która ma w założeniu naprostować obecne wątpliwości interpretacyjne, jest wiele nieścisłości. – W ustawie brakuje definicji podstawowych pojęć, takich jak np. „urządzenia retencyjne” – mówi Paweł Sikorski.

Dorota Jakuta zwraca też uwagę, że wciąż problematyczna jest kwestia wód opadowych i roztopowych, które w poprzednim reżimie prawnym były zaliczane do ścieków, a zgodnie z nowym prawem wodnym są już odmienną kategorią wód. Wciąż nie wiadomo bowiem, w jaki sposób ustalać ilość wód opadowych i roztopowych, za które ma być wymierzona opłata.

To niejedyna wątpliwość związana z opłatami, która towarzyszy teraz gminom. Nie cichnie bowiem spór wokół nowych zasad naliczania opłat stałych, czyli tej abonamentowej ich części (obok opłaty zmiennej), którą spółki płacą za samą możliwość i dostępność, a nie faktyczną ilość pobranej wody.

Po proponowanych zmianach byłyby one wyliczane na podstawie maksymalnego poboru godzinowego, co w praktyce byłoby metodą najmniej korzystną dla spółek. Dlaczego? Bo jednorazowy incydent, jak np. pożar, gdy zapotrzebowanie na wodę jest duże, a jej godzinowy pobór osiąga bardzo wysoki poziom, zawyża rozliczenia, podczas gdy nie rzutuje na statystyki w rocznej perspektywie.

Przeciwko takiej zmianie zaprotestowali ostatnio przedstawiciele Związku Gmin Warmińsko-Mazurskich (ZGWM). – Godzi to w istotne prawa gmin i przedsiębiorstw, bowiem podmiot nie ma prawa pobierać wody w ilości wyrażonej maksymalnie na godzinę przez cały rok, a jedynie w ilości wyrażonej średniorocznie. Stawka maksymalna na godzinę dotyczy jedynie szczególnych sytuacji, a nie normalnej eksploatacji. Nakaz płacenia za wodę, której i tak nie można pobrać, jest nadużyciem – przekonują samorządowcy z ZGWM.

Podobnego zdania jest IGWP. – W naszej ocenie taka zmiana nie ma żadnego uzasadnienia celowościowego czy środowiskowego, a jedynie fiskalny – konkluduje Dorota Jakuta.