Przychodzi inkasent do fryzjera, słyszy włączone radio, wyciąga umowę i dyktuje stawkę za publiczne odtwarzanie piosenek. Umowa obowiązuje od dziś, ale płacić trzeba od wczoraj, choć trudno ustalić, od kiedy w lokalu gra muzyka.
Przychodzę raz do przedsiębiorcy, a on na to: „Czy wyście się zmówili? Była u mnie wczoraj babka z ZAiKS-u!”. „I co panu powiedziała?” – zapytałem. „Żebym uważał, bo przyjdą kolejni z innych firm”. „No, to właśnie przyszedłem” – mówi inkasent pracujący dla jednej z organizacji pobierających opłaty za publiczne odtwarzanie muzyki. Biznesmen musi płacić każdej organizacji, która wystąpi z roszczeniem. W lokalu z radiem pojawi się ZAiKS zatroskany o prawa twórców piosenek (kompozytorów i autorów tekstów) oraz pracownicy organizacji od zbierania tantiem z tytułu praw pokrewnych: STOART i SAWP – ci w imieniu wykonawców (wokalistów i instrumentalistów), a także ZPAV z upoważnienia producentów fonogramów (najczęściej wydawców płytowych).
Reklama
Aby publicznie odtwarzać muzykę, trzeba uzyskać zezwolenie. Wydają je uprawnione przez Ministerstwo Kultury organizacje: Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych (ZAiKS), Związek Artystów Wykonawców STOART, Stowarzyszenie Artystów Wykonawców Utworów Muzycznych i Słowno-Muzycznych (SAWP) oraz Związek Producentów Audio-Video (ZPAV). To one też powiadamiają nowo powstające firmy o konieczności posiadania licencji. Ale sądny dzień dla przedsiębiorcy przychodzi wraz z inkasentem. Ten po wejściu do lokalu wyciąga telefon i dzięki aplikacji Shazam rozpoznającej ponad 11 mln piosenek, wie, co jest grane. Dosłownie. Ponieważ za publiczne odtworzenia płacić musi każdy, lecz niewielu się zgłasza, trzeba nieustannie monitorować rynek. Zakłady fryzjerskie powstają jak grzyby po deszczu, co chwila ktoś otwiera nową restaurację. I jeśli w lokalu stoi radio lub telewizor, to niemal pewne, że zaraz pojawi się inkasent. Najpierw jeden, a po nim kolejni. W namierzeniu płatników pomaga im Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej, choć nadal praktykowane są spisy z natury – ściągający należności wsiada w samochód i objeżdża lokal po lokalu w danej miejscowości.

Reklama
W czerwcu tego roku resort kultury wyznaczył jedną organizację do pobierania tantiem z tytułu praw pokrewnych od publicznych odtworzeń muzyki. Padło na STOART. Jednak „pokrewne” organizacje zaskarżyły wyrok i trwa procedura odwoławcza, bo SAWP i ZPAV chcą dopilnować finansowego tortu. Tortu, który jest wart co najmniej 70 mln zł rocznie, a nawet więcej, bo ok. 100 mln zł. Razem ze STOART mamy 60 tys. aktywnych klientów. Choć wielu jest wspólnych, to szacujemy, że punktów, które powinny płacić za odtworzenia, jest ok. 100 tys. Od wszystkich podmiotów nie da się ściągnąć należności, ponieważ 15 proc. z nich jest cały czas w obrocie, bo jedne firmy powstają, inne upadają – ocenia dyrektor ZPAV Bogusław Pluta.
Według nieoficjalnych informacji decyzja resortu, kto otrzyma nóż do krojenia tortu, stanie się ostateczna najwcześniej z końcem roku. Dopiero wtedy daniny od klientów będą trafiać na konto nie trzech, ale jednej organizacji. Wybraniec będzie musiał rozdzielić kęsy, czyli przekazać na konta pozostałych. Ale reszta w sprawiedliwość nie wierzy i chce sama kroić tort, aby nie przepadły jej nawet okruchy z pańskiego stołu.
Stawka większa niż pobieranie stawek
Przedsiębiorca meloman za publiczne odtwarzanie piosenek musi płacić co miesiąc zryczałtowaną stawkę. W lipcu 2013 r. tabelę stawek zatwierdziło ministerstwo, a ich wysokość uzależniono od rodzaju prowadzonej działalności gospodarczej, jej zasięgu oraz – opcjonalnie: od powierzchni lokalu, liczby miejsc dla gości albo liczby stanowisk pracy. I tak fryzjer z 2,5-tysięcznego Fromborka, który zatrudnia trzy osoby, płaci 84 zł, a jego kolega z Warszawy z siedmioma pracownikami – już 446 zł. Głębiej sięgają do kieszeni restauratorzy – knajpka do 20 osób z ponad 5-tysięcznego Lądka-Zdroju co miesiąc płaci 154 zł, a stołeczna restauracja na 100 miejsc – 777 zł. Każda stawka składa się z trzech danin i zaspokaja roszczenia twórców, wykonawców i producentów. Do ZAiKS-u trzeba oddać 45 proc. miesięcznej opłaty. Reszta organizacji upomni się o pozostałe 55 proc. stawki, której połowę pobierze ZPAV, a drugą – w stosunku 70 proc. do 30 proc. – rozparcelują między siebie STOART i SAWP.
Skomplikowane, prawda? Przeciętny biznesman ma mętlik w głowie od tych proporcji. Denerwuje go, że sprzętem grającym w jego lokalu interesuje się kilka firm. Na nic tłumaczenia, że regularnie opłaca abonament RTV. Bo płacić musi i za samo używanie odbiornika, i za robienie tego na publiczny użytek.
Ministerialna tabela, choć skomplikowana, to jednak przywróciła porządek w relacjach inkasent – przedsiębiorca. Wcześniej panowała wolna amerykanka, bo każda organizacja sama ustalała wysokość stawek, zaś kryteria płatności były uznaniowe. Doprowadzało to do takich kuriozów, że w jednym mieście na tej samej ulicy każdy z czterech zakładów fryzjerskich płacił inną stawkę za grające radio: jeden od powierzchni lokalu, drugi – od liczby miejsc siedzących, trzeci – od liczby odwiedzających klientów, a czwarty – od liczby grających urządzeń. Do 2013 r. każda organizacja stosowała własną tabelę. Jak to było możliwe? Ano dlatego, że w ministerialnej Komisji Prawa Autorskiego zasiadali ludzie pilnujący interesu tych firm. Byli sędziami we własnej sprawie. Dopiero po zmianie składu komisji położyliśmy temu kres – mówi mi osoba z resortu kultury.
Choć stawki zostały zatwierdzone, to jednego uprawnionego inkasenta do pobierania kasy dla artystów i wykonawców ciągle brak. Na ogłoszenie wyroku czeka nie tylko STOART, lecz również ZPAV, który został poproszony przez SAWP o rozliczanie jego repertuaru. – Panuje bałagan, który jest spowodowany tym, że zatwierdzenie tabel wynagrodzeń na polu odtwarzania nie zostało zsynchronizowane ze wskazaniem inkasenta – mówi dr Marek Bukowski, radca prawny specjalizujący się w prawie autorskim. – Z chwilą prawomocności tabel za publiczne odtwarzanie inkasa może dokonywać tylko wskazana przez ministra organizacja, a takiej brak w obszarze praw pokrewnych. Pozostałe organizacje praw pokrewnych straciły bowiem w tym zakresie legitymację do inkasa.
Mimo to trwają żniwa. Potyczka ZPAV – STOART o wpływy z odtworzeń przypomina uliczną bijatykę. Jedni na drugich piszą donosy, aż zacinają się serwery w ministerstwie. Kartą przetargową są przysłowiowi fryzjerzy, którzy muszą wystawiać odręczne lojalki, że umowa zawarta z jedną organizacją zwalnia ich od podpisywania umowy z drugą, bo obie między sobą się rozliczą. A później przychodzą ludzie z tej drugiej firmy i wyciągają rękę po pieniądze. – Ile razy można płacić?! – denerwuje się właścicielka zakładu kosmetycznego z Ostrowa Wielkopolskiego. – To jest bandyckie żerowanie na naszej pracy. A artyści niech się cieszą, że ktokolwiek jeszcze chce ich słuchać.
Opłaty tabelkowe pobiera się po zawarciu umowy licencyjnej. To także dobry pretekst, aby upomnieć się o długi. – Załóżmy, że prowadzi pan restaurację od 2011 r., a ja dzisiaj przychodzę po opłaty – relacjonuje były inkasent. – Mówię panu o przepisach, bo mógł pan ich nie znać, a następnie proponuję zawarcie umowy na legalne odtwarzanie muzyki w lokalu. I po deklaracji, że jest pan zainteresowany podpisaniem, nakładam na pana – w formie przymusu – kwotę za cały ten okres wstecz, chyba że pan mi udowodni, że wtedy muzyki nie odtwarzał.
Obowiązek dostarczenia dowodu ciąży na przedsiębiorcy. Honorowana jest faktura zakupu sprzętu grającego, a jeśli właściciel lokalu jej nie przechowuje, może pokazać umowę – o ile taką podpisał – z inną organizacją zbiorowego zarządzania prawami. Wtedy zaległa płatność i tak jest naliczana, ale już tylko od daty podpisania umowy z konkurencją. – W interesie przedsiębiorcy jest pokazanie umowy z innym organem upoważnionym do ściągania tantiem, mimo że ustawa nie daje im prawa przeglądania takich dokumentów. Skutkuje to złamaniem tajemnicy handlowej, lecz ludzie w ten sposób się bronią – wyjawia mój informator.
Ściąganie należności przedumownych to temat tabu. Organizacje nie chwalą się skutecznością, więc z ich sprawozdań finansowych nie da się wyczytać odzyskanych kwot. Ale wszystkie organizacje jak jeden mąż twierdzą, że pobierają, bo to ich obowiązek względem artystów. – Okres przedumowny jest negocjowany w taki sposób, aby jak najpełniej odzwierciedlał faktyczny okres korzystania z artystycznych wykonań, gdyż właśnie za faktyczną eksploatację muzyki należy się artystom wykonawcom wynagrodzenie – tłumaczy sekretarz zarządu STOART Wincenty Krawczyk. Trudno jednak określić, od kiedy „faktycznie” fryzjer odtwarza piosenki. Może pech chciał, że włączył radio dopiero w dniu wizyty inkasenta, a przez pół roku stało i nie grało? Dochodzenie prawdy można zacząć w lokalu, a zakończyć w sądzie.
Muzyka tylko dla personelu
Tak czy inaczej kwoty przedumowne są naliczane. Zwykle od daty wpisu firmy do ewidencji gospodarczej. Inkasent mnoży zryczałtowaną stawkę właściwą dla danego przedsiębiorcy przez liczbę zaległych miesięcy i wystawia fakturę. Powiedzmy, że trafiło na restauratora, który od pięciu lat prowadzi biznes. Załóżmy, że posiada lokal na 50 miejsc we Wrocławiu. Zgodnie z ministerialną tabelą wynagrodzeń zobowiązany jest płacić co miesiąc 412 zł: 185,40 zł twórcom i po 113,30 wykonawcom i producentom. Z kwot przedumownych za cały okres dla samych wykonawców wychodzi suma ok. 7 tys. zł.
Klient ma nie tylko rozliczyć się z przeszłością, ale też zapewnić sobie legalną przyszłość, podpisując z inkasentem umowę, która od tej pory pozwoli odtwarzać muzykę zgodnie z prawem. – Kondycja finansowa małych i średnich przedsiębiorstw jest dramatyczna, w związku z tym zapłacenie kwoty za okres przedumowny jest dla większości firm horrendalnym obciążeniem. Ludzie błagają, żeby im odpuścić. Wtedy negocjuję i wystawiam fakturę za okres od minimum trzech miesięcy do roku wstecz, a resztę umarzam. Pod warunkiem że klient zapłaci dobrowolnie i nie zerwie umowy przez rok z innego powodu niż zawieszenie działalności. W przeciwnym razie pięcioletnie zaległości będzie musiał oddać – opowiada były inkasent i określa tę metodę „wysublimowanym szantażem prawnym”.
Kondycja finansowa małych i średnich przedsiębiorstw jest dramatyczna, w związku z tym zapłacenie kwoty za okres przedumowny jest dla większości firm horrendalnym obciążeniem. Ludzie błagają, żeby im odpuścić
ZPAV i STOART odpierają te zarzuty – przecież nie dochodzą roszczeń sprzed lipca 1994 r., zanim ustawa o prawie autorskim i prawie pokrewnym zaczęła obowiązywać. Nasuwa się jednak pytanie, na jakich zasadach mają inkasować wstecz. Na podstawie stawek, które sami wcześniej ustalali? To budzi wątpliwości prawne. Czy na podstawie tych z ministerialnych tabel? Ten scenariusz brzmi rozsądniej – dawne należności byłyby liczone po jednej stawce i wierzyciel byłby jeden. Sęk w tym, że na razie go nie ma.
Kiedy przychodzi co do czego i inkasent zrobi na kliencie pierwsze (złe) wrażenie, wielu przedsiębiorców nie tylko nie zamierza płacić wstecz, ale nie chce nawet słyszeć o żadnej umowie. Wtedy zapoznają się z protokołem kontroli legalności odtwarzania, który powołuje się na art. 116 rzeczonej ustawy: „Kto bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom rozpowszechnia cudzy utwór w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, artystyczne wykonanie, fonogram, wideogram lub nadanie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Ten straszak prawny jest jednak mokrym kapiszonem. – W zakresie prawa do artystycznych wykonań na polu publicznego odtwarzania art. 116 nie znajduje zastosowania, bo organizacje zbiorowego zarządzania prawami nie dysponują co do zasady prawem zakazowym, ale jedynie dochodzą wynagrodzenia. Mówi o tym art. 86 ust. 2 lit. c ustawy – precyzuje mecenas Bukowski.
Z praktyką egzekwowania długów spotyka się wielu przedsiębiorców. Właścicielka restauracji i kawiarni w Zachodniopomorskiem z zażenowaniem wspomina niedawną kontrolę. – Przyszła pani do lokalu, udając klientkę. Usiadła, złożyła zamówienie i policzyła, ile jest stolików. A później spisała tytuły piosenek, które leciały z radia. Przeprowadziła krótki wywiad z pracownikami, od kiedy lokal jest otwarty i wyliczyła astronomiczną kwotę do zapłaty, kilku tysięcy złotych, każąc uregulować za półtora roku wstecz. Powiedziała, że jeśli zapłacimy od razu i podpiszemy umowę, to ona uda, że nie widziała stolików rozstawionych na zewnątrz – właścicielka pokazała inkasentce drzwi.
Inni rozdają klientom zatyczki do uszu albo oblepiają lokal kartkami o wymownej treści: „Muzyka tylko dla personelu”. Niektórzy, owszem, trzymają radio, ale na zapleczu i słuchają potajemnie. A pewien fryzjer z Ostrzeszowa tak się zdenerwował najściem, że najpierw wyrzucił z lokalu inkasentów, a zaraz potem radio i telewizor. Większość jednak płacze i płaci.
Biznes na piątkę
Jak uciec spod gilotyny? Na przykład można zamówić dostęp do bazy piosenek u firmy, która posiada do nich wszelkie prawa, i nie martwić się wizytami inkasentów. Jeśli przyjąć, że idziemy do restauracji zjeść obiad, muzyka grająca w tle ma znaczenie drugorzędne. Zamawiamy posiłek, a nie piosenkę. Obojętne więc, kto śpiewa, ma znaczenie, by cokolwiek grało. Z badań TNS OBOP z 2010 r. wynika, że ośmiu na dziesięciu klientów gastronomii dzięki muzyce lepiej zapamiętuje lokal i chętniej do niego wraca. Dlatego o kawałek rynkowego tortu walczą firmy oferujące muzykę bez opłat na rzecz jakiejkolwiek organizacji. – Zatrudniamy specjalistów, którzy wyszukują muzyków na całym świecie i odkupują od nich utwory na wyłączność ze wszystkimi prawami autorskimi – zapewnia Krzysztof Lewandowski, dyrektor handlowy Publicmusic.
W bazie utworów oczywiście próżno szukać piosenek z list przebojów, to muzyka stricte użytkowa. Fryzjerzy na ogół wybierają pop, disco, dance czy house, a salony kosmetyczne chillout. W ofercie nie ma rocka ani muzyki klasycznej. – Nie chcielibyśmy, żeby klienci uciekli z lokalu z powodu muzyki – żartuje Lewandowski. I już zupełnie poważnie dodaje: Muzyka musi się zwyczajnie podobać.
Na takie rozwiązanie chętnie przystał świeżo upieczony szef baru w Koszalinie. – Kupiłem licencję, mam certyfikat, dostałem bazę piosenek na pendrivie. Nie dość, że płacę firmie roczny abonament w wysokości zaledwie 270 zł, to nie muszę się spowiadać żadnym inkasentom. Oczywiście byli u mnie miesiąc po otwarciu działalności i choć firma powstała w lipcu, a zaczęła działać w sierpniu, domagali się wniesienia opłaty za cały ten okres. Powiedziałem, że niczego nie podpiszę, a lokal dzierżawię razem z telewizorem. Odgrażali się, że jeszcze powrócą. Ale teraz już nie mają po co.
Łowy jednak trwają, a inkasenci realizują wytyczne: docierać do drobnych firm, od których łatwo ściągnąć kwoty przedumowne. Każdy inspektor terenowy pracujący dla ZAiKS, STOART czy SPAV musi podpisać 20 umów w miesiącu pod rygorem zakończenia współpracy. Do każdej z nich dołącza rachunek z sumą do zapłacenia wstecz. Łącznie z opłat za okres przed pojawieniem się inkasentów organizacja może uzbierać około 5 mln zł rocznie. – Pieniądze przedumowne są wisienką na torcie i można je wydać na co się chce: na biuro, leasing samochodów, szkolenia dla pracowników czy wyjazdy integracyjne. Jedna z organizacji wysyłała swoich ludzi na bardzo prestiżowe wycieczki za granicę – dowiadujemy się od naszego źródła informacji. Z tych pięciu baniek, na które robią zrzutkę fryzjerzy, restauracje czy dyskoteki pod przymusem oddania artystom zaległych pieniędzy, korzystają więc także inkasenci w sezonie urlopowym. A powinni artyści.
ZPAV i STOART zgodnie twierdzą, że nie mają z tym procederem nic wspólnego. – Należności przedumowne rozliczamy razem z wpływami z bieżących tantiem z tytułu publicznych odtworzeń w ciągu pół roku po ich zainkasowaniu – zapewnia Pluta. To samo mówi sekretarz zarządu STOART. – Kwoty przedumowne są dzielone identycznie na rzecz artystów wykonawców tak jak inne należności inkasowane z tytułu publicznych odtworzeń.
Jednak inkasenci terenowi twierdzą, że to dobry biznes dla ich pracodawców, ale oficjalnie wolą milczeć.
Płacą frajerzy
Straszenie kwotami przedumownymi robi wrażenie na drobnych przedsiębiorcach, zwłaszcza z małych miejscowości. – Celem są frajerzy. Żadna firma, która ma prawnika, nie zapłaci ani złotówki. Zapytają, czy posiadam protokół sprzed okresu obowiązywania umowy? A skoro nie, to na jakiej podstawie twierdzę, że odtwarzali publicznie muzykę? Proszą o pokazanie w ustawie zapisu, na podstawie którego mają zapłacić. Nie ma takiego zapisu. Negocjowałem kontrakty m.in. z PKN Orlen oraz z innymi dużymi firmami i tam umowy w ramach ładu korporacyjnego przechodziły przez dział prawny. I zawsze spadały jako obarczone wadą prawą – dodaje były inkasent.
Duże firmy mają sposób na spławienie intruzów: żądają okazania pełnomocnictwa na piśmie. Wtedy okazuje się, że „pełnomocnik ds. odtworzeń” ma przy sobie zwykłą legitymację, a pełnomocnikiem jest na niby. – W niej jest napisane, że legitymuję się dowodem osobistym o takim i takim numerze, i zaświadcza się, że mogę przeprowadzać kontrolę. Ale de facto nie mam takiego prawa. Dlatego uczula się inspektorów, aby nie używać słowa „kontrola”, tylko „czynności sprawdzające”. Chodzi o omijanie prawa – kontynuuje nasz rozmówca.
Pikanterii sprawie dodaje fakt, że samozwańczy pełnomocnik nie jest pracownikiem organizacji, na którą się powołuje. Biuro jednej z nich zatrudnia dyrektorów regionalnych na umowę o pracę, na ogół w wymiarze 1/32 lub 1/64 etatu. Dyrektorzy poza etatem zakładają działalność gospodarczą, a ich firma zleca „czynności sprawdzające” inspektorom terenowym udającym pełnomocników. – Żaden inspektor nie jest zatrudniany przez biuro, tylko przez firmę zewnętrzną – potwierdza były pracownik. – Nie ma więc prawa wystawiać „protokołu kontroli legalności odtwarzania” ani podpisać żadnej umowy z przedsiębiorcą jedynie na podstawie zaświadczenia. I na to prawnicy dużych firm też zwracali uwagę.
ZAiKS, ZPAV czy STOART mają prawo do kontroli na mocy art. 105 ust. 2 ustawy. Ale może mieć ona charakter wyłącznie „roszczenia informacyjnego”. Czyli – mówiąc najogólniej – inkasent może przyjść do fryzjera i zapytać, ile osób pracuje u niego w zakładzie. Bo liczba stanowisk pracy jest podstawą do naliczenia comiesięcznej stawki. Ale do wystawiania protokołów kontrolnych niezbędne jest upoważnienie stosownego organu. Przedsiębiorców może kontrolować Urząd Skarbowy, Państwowa Inspekcja Pracy, Sanepid czy Inspekcja Handlowa, a nie organizacje zbiorowego zarządzania prawami. Dla wielu przedsiębiorców to kolejny dowód na to, że inkasenci stosują praktyki windykacyjne i zabierają biednym (przedsiębiorcom), aby dać bogatym (artystom). Ten stereotyp, niestety, ma się dobrze. Słuszne skądinąd nawoływanie na corocznych panelach i debatach o legalne korzystanie z praw autorskich jest głosem wołającego na puszczy. I milknie pod naporem fali hejtu, która gniewnie wzbiera i przetacza się przez opinię publiczną. Gromy za wszystkie organizacje zbiera najpopularniejszy ZAiKS. Czy tak by było, gdyby misji edukowania na temat praw nie przesłaniała nadgorliwość w ich egzekucji?
Do czasu uprawomocnienia się decyzji ministerialnej wszystkie organizacje zbiorowego zarządzania prawami na polu praw pokrewnych powinny wstrzymać się z procedowaniem. Ale do przedsiębiorców nadal przychodzą ludzie z nowymi umowami i po kwoty przedumowne. – Wciąż panuje bezkrólewie, więc trzeba poczekać na ostateczną decyzję. Dopiero po jej ogłoszeniu można przystąpić do rozliczania się z korzystającymi na tym polu. Ale to już będzie w gestii jednej organizacji. Organizacja wskazana miałaby oczywiście możliwość rozliczenia opłat wstecz – wybiega w przyszłość mecenas Bukowski.