Zgodnie z unijną reformą prawa autorskiego platformy internetowe, takie jak YouTube czy Facebook, będą musiały same wyłapywać treści nielegalnie wrzucane przez użytkowników, jeszcze przed otrzymaniem zgłoszenia o naruszeniu. Mniejsze serwisy może to wyeliminować z rynku, a większe skłonić do autocenzury.
W ubiegłym tygodniu Komisja Europejska zaprezentowała projekt dyrektywy, która w założeniu ma wzmocnić ochronę europejskich twórców i pomóc przedsiębiorcom z krajów członkowskich UE skuteczniej konkurować z amerykańskimi gigantami technologicznymi. Zresztą już na pierwszy rzut oka proponowane rozwiązania najmocniej uderzają w serwisy Google’a. Jeden z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów przewiduje, że wydawcy będą mogli pobierać opłaty (popularnie nazywane podatkiem od linków) od usługodawców internetowych za wykorzystanie fragmentów artykułów w agregatorach treści i wyszukiwarkach.
Jednak wbrew zamierzeniom KE, jeśli reforma wejdzie w życie w planowanym kształcie, może okazać się co najmniej tak samo dotkliwa dla europejskich przedsiębiorstw technologicznych. Projekt regulacji zobowiązuje bowiem operatorów serwisów online, które działają jako platformy do zamieszczania materiałów muzycznych i filmowych (np. YouTube, Dailymotion, Vimeo), do bieżącego monitorowania tego, co wrzucają ich użytkownicy. – Propozycja komisji to duży krok naprzód w kierunku zwiększenia odpowiedzialności firm internetowych za bezprawnie wrzucane treści. Duże serwisy będą musiały wypracować mechanizmy, które zapewnią przestrzeganie umów zawartych z właścicielami praw autorskich np. co do zasad dystrybucji ich utworów, oraz dodatkowo będą musiały zapobiegać udostępnianiu danych materiałów na swoich stronach – tłumaczy adwokat Piotr Zawadzki, ekspert od prawa własności intelektualnej z firmy prawniczej Linklaters. Co więcej, platformy internetowe będą musiały przekazywać właścicielom praw autorskich informacje o działaniu i wynikach monitoringu, a także umożliwić składanie ewentualnych zażaleń.