Ponad 2,2 mld euro zarobili w ubiegłym roku cudzoziemcy zatrudnieni w Polsce, głównie ci zza wschodniej granicy. To absolutny rekord.
Wartość zarobków cudzoziemców rośnie z roku na rok – ale w 2015 r. wzrost ten był wyjątkowo dynamiczny. Według danych Narodowego Banku Polskiego dochody pracowników z zagranicy wzrosły w ciągu roku o połowę w porównaniu z rokiem 2014 (wówczas wyniosły 1,49 mld euro). Pieniądze te trafiły przede wszystkim na Ukrainę. A przynajmniej do obywateli tego kraju zatrudnionych nad Wisłą. Grzegorz Dobroczek z departamentu statystyki NBP wyjaśnia, że w samym IV kwartale ubiegłego roku z dochodów cudzoziemców zatrudnionych w Polsce ponad 90 proc. stanowiły zarobki Ukraińców. – Ten silny wzrost jest związany z ich większym napływem do Polski. Odzwierciedlenie znajduje on we wzroście liczby zarejestrowanych oświadczeń polskich pracodawców o chęci powierzenia pracy cudzoziemcowi – komentuje.
Na ponad 780 tys. zgłoszonych w zeszłym roku oświadczeń prawie 763 tys. dotyczyło Ukraińców. Wzrost jest lawinowy, bo jeszcze w 2014 r. urzędy pracy przyjęły niecałe 388 tys. deklaracji (ukraińskich było wtedy było ponad 200 tys.).
Reklama
Goście zza wschodniej granicy stanowią też najliczniejszą grupę zagranicznych pracowników, którzy w ubiegłym roku dostali u nas pozwolenie na pracę – w ubiegłym roku było ich ponad 50 tys. W przypadku znajdujących się na drugim miejscu zestawienia Białorusinów było to już ledwie 2 tys. pozwoleń.
– Z tych powodów dane o wzroście zarobków cudzoziemców nie powinny nas dziwić. Tym bardziej że w tych statystykach uwzględniane są dochody osób pracujących nie dłużej niż rok, a więc zatrudnionych na stosunkowo krótki czas – wyjaśnia Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.

Reklama
Zarobki cudzoziemców w Polsce w ostatnich latach / Dziennik Gazeta Prawna
Podobnego zdania jest Piotr Bujak, ekonomista PKO BP. Informacje NBP oraz oficjalne dane resortu pracy mogą nie pokazywać pełnej skali zjawiska – bank szacuje, że w ubiegłym roku mogło napłynąć do Polski nawet milion imigrantów. – I to się przekłada na wzrost transferów. Ten trend może być kontynuowany, bo napływ imigrantów będzie trwał nadal – mówi Bujak.
Eksperci sądzą, że transfery z pracy cudzoziemców za granicę to przede wszystkim pensje pracowników zatrudnionych w usługach. Nie ma na to twardych dowodów, raczej poszlaki wynikające z innych danych zbieranych przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Generalnie cudzoziemców zatrudniano tam, gdzie był problem ze znalezieniem pracowników w kraju: do prac o niskiej produktywności, gdy np. niskie ceny skupu w rolnictwie determinują poziom stawek dla zatrudnionych. – To zjawisko będzie się poszerzać. Bezrobocie odsezonowane pewnie już w tym miesiącu osiągnie poziom najniższy w historii. Co oznacza, że gospodarka będzie potrzebować rąk do pracy – uważa Urszula Kryńska.
– W obecnej sytuacji na rynku pracy imigracja jest korzystnym zjawiskiem. Trzeba pamiętać, że z podażą pracy z każdym rokiem będzie coraz większy problem z powodów demograficznych – dodaje Piotr Bujak. Według niego rosnące transfery za granicę to efekt uboczny tego zjawiska. Wzrost dochodów cudzoziemców nie powinien niepokoić z punktu widzenia tzw. stabilności zewnętrznej. Teoretycznie zapotrzebowanie gospodarki na kapitał z zewnątrz uzależnia ją i naraża na perturbacje w przypadku jakiegoś kryzysu na świecie. Odpływ pieniędzy z tytułu wynagrodzeń z Polski oznacza konieczność zbilansowania go jakimś napływem. Na razie tak się dzieje – zarobki Polaków zatrudnionych za granicą na krócej niż rok z nawiązką rekompensują dochody cudzoziemców w Polsce. W ubiegłym roku dochód z tytułu wynagrodzeń polskich pracowników w innych krajach wyniósł ponad 2,9 mld euro.
– Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby imigranci wydawali wszystko, co zarobią, tu na miejscu. Ale fakt, że część pieniędzy transferują, nie jest niczym negatywnym. Ich praca pomaga zachować konkurencyjność naszej gospodarki, gdyż zmniejsza presję płacową. Nawet jeśli w jakichś częściach bilansu płatniczego będzie generowała deficyt, to całości nie zaszkodzi. Choćby dlatego, że mamy nadwyżkę w handlu zagranicznym – ocenia Bujak.