Co pan sądzi o nowym zapisie w projekcie nowelizacji ustawy o służbie cywilnej, że każdy obywatel ma prawo do bycia poinformowanym o wolnych stanowiskach pracy w administracji rządowej, ale z zastrzeżeniem tych wyższych?

Skoro nadal formalnie hołdujemy modelowi niezależnego politycznie korpusu urzędniczego, to winniśmy baczyć na rządzące tym modelem założenia. A więc np. gwarancje apolityczności urzędników i nietolerowanie naruszania ich politycznej neutralności, oddzielenie korpusu urzędniczego od politycznego (oraz realną ochroną korpusu urzędniczego przed politycznymi naciskami), wysokie wymogi merytoryczne i etyczne stawiane członkom korpusu, zapewnienie tym osobom ścieżki awansu służbowego powiązanego z ich obiektywnymi zasługami. Powinna też istnieć trwała tendencja do rozszerzania korpusu urzędniczego kosztem korpusu politycznego. Utrzymywanie odrębnej podgrupy wyższych stanowisk urzędniczych może być uzasadnione, lecz nie jako narzędzie obejścia założeń, które wymieniłem.

A czy powinny istnieć wyjątki, np. dotyczące szefa służby cywilnej, od którego – zgodnie z projektem – także nie będzie się już wymagać apolityczności, a także doświadczenia zawodowego czy bycia urzędnikiem mianowanym?

Nie. Im wyższe stanowisko, tym wyższe powinny być wymagania kwalifikacyjne i etyczne dla kandydata do jego objęcia. Tak było w ustawie z 1922 r. o państwowej służbie cywilnej, według której zbudowano w kilkanaście lat znakomity korpus urzędniczy. Tak też jest w systemach państw o wzorcowo funkcjonujących administracjach, z których chcemy brać przykład.

Co pan sądzi o zaniechaniu konkursów na stanowiska dyrektorskie i zastąpienie ich powołaniem?

Stosunki pracy z powołania powinny być rugowane z prawa pracy. Stanowią mało chlubne i nigdzie indziej niefunkcjonujące dziedzictwo poprzedniego ustroju. Wszędzie, gdzie się ich pozbyto (spółki kapitałowe, także w dużej mierze samorząd terytorialny), przyniosło to korzyści, głównie w postaci uproszczenia przepisów. Owszem, powołanie ma zaletę w postaci łatwości zmian kadrowych. Ale to też wzmaga pokusę arbitralności i nadużyć. Ponadto tę samą zaletę ma choćby umowa o pracę na czas określony. Poza wszystkim – po co wprowadzać do służby cywilnej jeszcze jedną podstawę zatrudnienia?

Co będzie oznaczało dla dyrektora departamentu powołanie?

Jeśli będzie to kodeksowy model podstawowy powołania, wówczas w korpusie służby cywilnej będą obok siebie pracowali ludzie o najmniejszej (powołanie) i największej (mianowanie) stabilności zatrudnienia.

Konkursy są czasochłonne, a ich przeprowadzanie nie zawsze gwarantowało wybranie najlepszego kandydata.

To prawda. Przez ostatnie lata o tym pisałem. Konkursy i nabory działają tak wadliwie, że może być już tylko lepiej. Przy czym nie powinno się z nich rezygnować, a poprawić procedury, tak aby system naboru publicznego stał się uczciwy, weryfikowalny i przejrzysty. Z kolei czasochłonność konkursów nie ma takiego znaczenia, jeżeli weźmiemy pod uwagę, iż funkcjonariusza wybiera się na długie lata, podczas których niewłaściwa osoba może wyrządzić sporo złego. Chciałbym też zwrócić uwagę, że konkursy się przewlekają właśnie poprzez naciski polityczne. Nic nie stoi na przeszkodzie, by nabory zarządzać wcześniej, gdy zatrudnienie poprzednika jeszcze trwa, a już np. złożył on wypowiedzenie. Poza tym wyłoniony poprzez uczciwy nabór urzędnik ma poczucie własnej wartości, przez co upatruje rozwój kariery w dobrej pracy, a nie w rozwijaniu nieformalnych powiązań. Art. 60 konstytucji gwarantuje każdemu obywatelowi równy dostęp do służby publicznej. Podstawowymi ku temu narzędziami jest demokratyczny wybór lub uczciwy nabór.

Czy nowo powołani dyrektorzy i ich zastępcy powinni być zwolnieni z oceny okresowej i służby przygotowawczej, tak jak chce tego PiS?

Nie. Jak mają ich szanować podwładni, których te wymogi w pełni obowiązują?

Nowi dyrektorzy mają dostać dodatek funkcyjny.

Zatrudnienie w administracji publicznej nie jest specjalnie lukratywne, lecz jego zaletą – niemniej ważną niż zarobki – jest trwałość bytu pracodawcy i większa niż w sektorze prywatnym stabilność. Reformowanie spraw płacowych nie wydaje się w tym momencie sprawą najpilniejszej wagi. Jest nią np. powrót do wypracowywania metod zapobiegania samoistnemu rozrostowi liczebności administracji publicznej. To trudne zadanie, lecz ważne dla rządu starającego się ograniczyć wydatki publiczne.

Co pan sądzi o art. 2 projektu, który przewiduje wygaśnięcie stosunku pracy po upływie 30 dni od wejścia w życie nowelizacji?

Jest on błędnie zredagowany. Wynika zeń jedynie to, iż ewentualnie nowe warunki pracy winny być przedstawione w terminie 30 dni od wejścia w życie ustawy. Lecz już nie jest określone, w jakim terminie te warunki winny być przyjęte, albo też w jakim terminie może nastąpić odmowa ich przyjęcia, a także jakie znaczenie przypisać milczeniu pracownika. Jeśli miałoby być tak, iż owo oświadczenie o przyjęciu, względnie odmowie przyjęcia nowych warunków winno się też zmieścić w tym 30-dniowym terminie, to oznaczałoby, że pracownik nie ma zagwarantowanego nawet jednego dnia na namysł, nie mówiąc już o jakichś szczegółowych negocjacjach, do których w zasadzie też powinien mieć prawo. Jeśli zaś pracownicy nie są związani co do swych oświadczeń 30-dniowym terminem, powstaje pytanie, ile czasu mogą zwlekać z odpowiedzią.

Czy zwolnieni z mocy prawa dyrektorzy mogą się w jakiś sposób bronić przed sądem?

Zapewne chodzi o szanse obrony skutecznej. Trudno powiedzieć. Z jednej strony ustanie stosunków pracy nastąpiłoby z mocy prawa, więc argument o niezgodności z prawem odpada. Teoretycznie można próbować robić użytek z przepisów o zakazie dyskryminacji, o ile zainteresowanemu uda się wykazać, iż jego wybór do zwolnienia był oparty na niedozwolonym kryterium, np. przynależności politycznej. Ale to daleka droga, procesy z tytułu dyskryminacji są długie i trudne. Warto zaznaczyć, że taki mechanizm zwalniania wszystkich z mocy prawa był już wprowadzany przy reformie samorządowej w 1990 r. i 1998 r. To rozwiązanie obroniło się nawet przed konstytucją.