Zmieniła się ekipa rządząca, która swoje urzędowanie zaczyna od zmiany przepisów o służbie cywilnej. Oponenci twierdzą, że to jest kolejny przykład zagarnięcia państwa przez PiS. Mają rację?

Nie chciałbym tego rozstrzygać. Warto jednak zwrócić uwagę, że koalicja PO-PSL po dojściu do władzy rozpoczęła rządzenie od likwidacji Państwowego Zasobu Kadrowego utworzonego przez PiS. I nie oszukujmy się, osiem lat rządów PO-PSL z pewnością doprowadziło do tego, że w administracji pracuje wiele osób z nadania politycznego. Nie należy się zatem dziwić obecnemu ugrupowaniu, że korzystając z demokratycznego mandatu chce zmieniać przepisy o służbie cywilnej, które w 2008 r. pośrednio doprowadziły do usunięcia osób na kierowniczych stanowiskach.

Projekt nowelizacji ustawy przewiduje, że w ciągu 30 dni od wejścia przepisów w życie stosunek pracy dyrektorów i ich zastępców wygaśnie. Czy to dobry kierunek?

Trudno się dziwić szefom urzędów, w tym ministrom lub wojewodom, że chcą mieć wpływ na dobór specjalistów. Przecież nie można ich wszystkich ścieśnić w gabinecie politycznym. Należy pamiętać, że w urzędach na spotkaniu kierownictwa omawiane są ważne strategiczne zmiany, kierunki reform, polityka personalna, a tu nagle się okazuje, że informacje te trafiają do opozycji. Taka sytuacja może sparaliżować pracę poszczególnych urzędów.

Jednak automatyczne wygaszanie stosunku pracy budzi niepokoje wśród urzędników wyższego szczebla.

Nie wydaje mi się, aby wszyscy dyrektorzy i zastępcy stracili pracę. Wśród urzędników na wysokich stanowiskach jest wielu fachowców cieszących się etosem propaństwowców. I moim zdaniem PiS będzie chciał z nich skorzystać. W projekcie ustawy znalazł się nawet zapis, który umożliwi szefom urzędu dalszą współpracę z wybranymi osobami. Oczywiście martwić mogą się ci, którzy trafili na stanowiska z nadania politycznego. Nie wydaje mi się bowiem, aby minister lub wojewoda proponował zatrudnienie dyrektorowi, który w pierwszych miesiącach miał inną wizję od szefa.

Nowi dyrektorzy nie będą wybierani w trybie konkursowym, lecz powoływani. Czy PiS nie naraża się na zarzut naruszenia art. 60 konstytucji o ograniczonym dostępie do służby publicznej?

Od lat równolegle obowiązuje przecież ustawa o pracownikach urzędów państwowych, gdzie nie ma mowy o otwartym i konkurencyjnym naborze. Dzięki niej pracę w administracji można było i można nadal otrzymać z dnia na dzień. Co więcej, informacje o wolnych stanowiskach w instytucjach, do których stosuje się wspomnianą ustawę, pojawiały się rzadko. Ich szefowie woleli ściągać specjalistów, z którymi wcześniej współpracowali, a nie ogłaszać nabory. Nikt nie podnosił głosów, że w tych instytucjach ograniczony jest dostęp do służby publicznej. Podobnie jest w wielu instytucjach rządowych nadzorowanych przez resorty. Tam też tylko niewielu urzędników trafiło do pracy za pośrednictwem otwartego i konkurencyjnego naboru.

Warto zaznaczyć, że projekt ustawy przygotowany przez obecny rząd nie likwiduje wyższych stanowisk w służbie cywilnej. Co więcej, na stanowiska kierownicze będzie można powoływać bez konkursu osoby spośród urzędników i pracowników służby cywilnej. Można dodatkowo zastanowić się nad alternatywnym rozwiązaniem w postaci przeprowadzenia konkursu na stanowiska dyrektorskie, w sytuacji, gdy minister sobie tego życzy. Może przecież być taka sytuacja, że z określonej dziedziny nie będzie miał wśród zaufanych ludzi osoby z takimi kwalifikacjami. Uważam, że proponowane rozwiązania są znacznie lepsze od wprowadzonego dekadę temu Państwowego Zasobu Kadrowego.

Jednak czy rezygnacja z ogłaszania konkursu na stanowiska dyrektorów jest rozsądnym rozwiązaniem?

Za rządów PO-PSL miesiącami nie powoływano dyrektora generalnego lub z góry było wiadomo, który z kandydatów nim zostanie. Niestety wybór dyrektora generalnego bardzo często był fikcją. Proszę pamiętać, że to jest najważniejszy urzędnik w służbie cywilnej, który musi bezpośrednio współpracować z ministrem. Jeśli mają odmienną wizję na zarządzanie urzędem, to dochodzi do chaosu personalno-organizacyjnego.

Rezygnacja z doświadczenia w administracji osób na stanowisku kierowniczym to dobry kierunek zmian?

Oczywiście, że tak. Będziemy mieli do czynienia z dopływem świeżej krwi z rynku prywatnego, który ma inne spojrzenie na różne sprawy. Jeśli nagle trzeba będzie np. zreformować energetykę i wprowadzić nowatorskie rozwiązania, w każdej chwili będzie można powołać takiego specjalistę na stanowisko dyrektorskie, a po wykonaniu przez niego tej misji będzie możliwość jego odwołania. Powołanie specjalistów do konkretnych zadań jest dobrym rozwiązaniem.

Obecnie średnie wynagrodzenie na wyższych stanowiskach w administracji rządowej wynosi 13 tys. zł. W projekcie przewiduje się możliwość przyznania tym osobom dodatku funkcyjnego.

Jeśli mamy przyciągnąć specjalistów do administracji rządowej, to trzeba ich czymś zachęcić. Zarobki w prywatnych firmach dla dyrektorów są często znacznie wyższe od tych urzędowych. A wprowadzenie dodatku funkcyjnego sprawi, że będą oni zarabiać nieco więcej niż obecnie.

Nie będzie też wymogu apolityczności nowych dyrektorów.

Rząd jest rozliczany za sprawne przeprowadzenie reform. A do tego potrzebna jest mu sprawna administracja. Jeśli minister powoła na stanowisko dyrektorskie kolegów partyjnych, a nie specjalistów, to będzie za to rozliczony. Chyba każdemu szefowi urzędu zależy, aby zarządzana przez niego instytucja działała dobrze, a nie była schronieniem dla kolegów.