Pracują na telefon – muszą czekać na sygnał od szefa, stawić się w firmie i wtedy rozpocząć wykonywanie zadań. Jeśli im się poszczęści, mogą przepracować nawet pełny wymiar czasu w danym okresie (np. 40 godzin w tygodniu). Ale równie dobrze może zdarzyć się miesiąc, w którym pracodawca nie zadzwoni i nie zarobią nic.
Zapożyczone z niemieckiego słowo „arubaito” po japońsku oznacza fuchę, chałturę, dorywczą pracę. Zatem określenie „arbeiter” Japończycy połączyli z angielskim słowem „freelancer” i tak oto powstał „freeter”, czyli młody człowiek, który – z własnej woli lub z braku etatów – pozostaje bez stałego zatrudnienia. Na całym świecie są ich już miliony. Brak takiej stabilności – w zależności od szerokości geograficznej – może przejawiać się w różny sposób. W Polsce, która jest europejskim liderem pod względem stosowania czasowego zatrudnienia, najczęściej polega na zastępowaniu umów o pracę kontraktami cywilnoprawnymi lub samozatrudnieniem. W Stanach Zjednoczonych, w których prawo pracy jest znacznie bardziej liberalne, może wynikać z faktu, że zatrudnienie bardzo łatwo i szybko można zakończyć. A w Bangladeszu zatrudnieni godzą się na jakiekolwiek warunki zarobkowania, bo najczęściej nie mają wyboru, a na ich miejsce natychmiast można znaleźć zastępstwo.
– W USA mówi się o „gig economy”. Do zobrazowania obecnej niestabilności stosunków pracy zapożyczono określenie, które dotyczyło zatrudniania artystów na jednorazowe występy – tłumaczy Jan Rutkowski, główny ekonomista Banku Światowego ds. rynku pracy.