Takie działania mogą mieć uzasadnienie. Przy ograniczonych pieniądzach, gdy trzeba nadrobić wcześniejszy brak podwyżek, jakieś racje przemawiają za takim rozdziałem pieniędzy. Z punktu widzenia rządzących ważne mogą być jeszcze racje polityczne. Jest kampania wyborcza, więc miło, by obdarowany konkretnie wiedział, kto go obdarował. To nawet poniekąd zrozumiałe. Gdy dokoła był kryzys, rząd musiał płace w budżetówce mrozić i chwalić się Brukseli, że nie ulega presji i w imię dyscypliny finansów ich nie podwyższa. Teraz, gdy zdjęcie procedury nadmiernego deficytu jest na wyciągnięcie ręki, chciałby się bardziej pochwalić tym „mrożonym”, że odetchną. Zwłaszcza że oni ten gest odczują dopiero od stycznia.

Ale z drugiej strony „kwotowość” działa demobilizująco. Zwłaszcza na dłuższą metę. Po co się starać, skoro wszyscy i tak dostaną tyle samo? Drugi argument przeciwko tego typu podwyżce to to, że administracji powinno zależeć na ściąganiu dobrych fachowców. Tacy przyjdą, jeśli dostaną większe pieniądze, a by to było możliwe, maksymalną swobodę w decydowaniu, ile komu podwyższyć, powinni mieć szefowie poszczególnych jednostek. Więc jeśli podwyżka będzie kwotowa, to najlepiej, by była nią w minimalnym stopniu.