W 2011 r. pracownicy niepełnosprawni stanowili zaledwie 2,8 proc. osób zatrudnionych w administracji rządowej. Tę sytuację miała uzdrowić ustawa z 19 sierpnia 2011 r. o zmianie ustawy o służbie cywilnej i niektórych innych ustaw (Dz.U. nr 201, poz. 1183). Dzięki niej osoba z orzeczoną niepełnosprawnością ma pierwszeństwo w przyjęciu do pracy, jeśli przy naborze znajdzie się w piątce najlepszych kandydatów na dane stanowisko. Przy czym ustawa objęła urzędy, w których niepełnosprawni pracownicy stanowią mniej niż 6 proc. ogółu załogi.

Po roku funkcjonowania tej regulacji sytuacja nieco się poprawiła, bo wskaźnik wzrósł do 3,2 proc. Podobnie było w 2013 r. (3,4 proc.) i 2014 r. (3,7 proc.). Tak wynika z ostatniego sprawozdania szefa służby cywilnej za ubiegły rok. W efekcie od początku wprowadzenia ustawy liczba osób niepełnosprawnych w korpusie służby cywilnej wzrosła zaledwie o 0,9 punktu proc.

Zdaniem osób, które wprowadzały rozwiązania mające na celu zwiększenie liczby urzędników z dysfunkcjami, nawet taki mały wzrost wskaźnika jest sukcesem. – Zmiana przepisów przyczyniła się więc do wzrostu zatrudnienia niepełnosprawnych urzędników – stwierdza Marek Plura, były przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. osób niepełnosprawnych, obecnie poseł PE.

Według niego trudno jest też oczekiwać, by zaledwie po kilku latach obowiązywania ustawy wskaźnik zatrudnienia niepełnosprawnych raptownie wzrósł.

Brakuje promocji

Z danych dotyczących struktury zatrudnienia w urzędach nie są jednak zadowolone organizacje pożytku publicznego, które na co dzień zajmują się problemami osób niepełnosprawnych. Co więcej, twierdzą one, że winę za zbyt niski wzrost zatrudnienia osób z dysfunkcjami ponoszą urzędy. Potwierdza to Aleksander Waszkielewicz, prezes Fundacji Instytut Rozwoju Regionalnego, który podaje przykład jednego z urzędów w Małopolsce. – Zaproponowałem, aby urząd nas informował o wakatach, a my będziemy informować o nich osoby niepełnosprawne. W odpowiedzi otrzymałem informację, że urząd nie może nikogo faworyzować – opowiada Aleksander Waszkielewicz.

Z kolei szefowie urzędów twierdzą, że winę za wciąż niski wskaźnik ponoszą sami niepełnosprawni.

– Do organizowanych przez nas konkursów zgłasza się zbyt mało takich kandydatów – mówi Halina Stachura-Olejniczak, dyrektor generalny Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego. – Nawet jeśli wśród kandydatów są takie osoby, to nie przechodzą one testów i rozmów kwalifikacyjnych. Są słabo przygotowane na stanowiska merytoryczne – dodaje.

Brak informacji

Szefowie urzędów i organizacje zrzeszające osoby niepełnosprawne są zgodne co do jednego. Otóż sama zmiana przepisów niewiele da, jeśli do osób zainteresowanych nie dotrze informacja o wakatach w administracji.

– U rzecznika praw obywatelskich pięć lat temu było zatrudnionych 4 proc. osób niepełnosprawnych, a teraz jest ich trzykrotnie więcej. Taki wynik udało się osiągnąć dzięki współpracy z organizacjami pożytku publicznego – potwierdza Aleksander Waszkielewicz.

Z kolei Halina Stachura-Olejniczak uważa, że trzeba zastanowić się na stworzeniem ogólnopolskiego programu wspierającego zatrudnienie osób niepełnosprawnych w administracji państwowej. Zaznacza, że brak takiej kampanii będzie skutkował tym, że urzędy będą wciąż musiały płacić kary za nieosiągnięty limit 6-proc. A wydatki z tego tytułu nie należą do niskich. Otóż każdy urząd, który nie ma osiągniętego tego limitu, musi 40,65 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia pomnożyć przez liczbę pracowników, których brakuje do osiągnięcia 6 proc. wskaźnika zatrudnienia niepełnosprawnych. Zakładając, że obecnie przeciętne wynagrodzenie wynosi 3942,67 zł, to za jednego pracownika urząd musi zapłacić ponad 1,6 tys. zł do Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Instytucje państwowe muszą więc miesięcznie wpłacać do funduszu od kilkudziesięciu tysięcy do kilkuset tysięcy złotych.

Kary, które płacą urzędy, opiewają nawet na kilkaset tysięcy złotych miesięcznie