Ano niestety niewiele. A szkoda, bo w sprawie czasu pracy przydałaby się nie tylko nam, ale całej Europie, mała rewolucja. Oczywiście Stary Kontynent jest jedynym jak do tej pory – i prawdopodobniej tak już zostanie – miejscem na świecie, w którym obowiązują tak liczne ograniczenia dotyczące godzin pracy. To cywilizacyjne osiągnięcie jest jednym z najistotniejszych elementów państwa opiekuńczego. Nikt nie zmusi już Europejczyka do rytmu pracy panującego w afrykańskich kopalniach diamentów czy zakładach włókienniczych w Bangladeszu.

Takie bezpieczeństwo ma jednak swoją cenę. Sztywne i restrykcyjne przepisy o godzinach wykonywania obowiązków podwyższają koszty pracy, wyrugowują z Europy przemysł i sprzyjają zatrudnieniu na czarno lub umowach cywilnoprawnych. Nie to jest jednak ich największym grzechem. Przewinienie numer jeden to ich niedostosowanie do rzeczywistości. Coraz mniej osób wykonuje bowiem obowiązki na podstawie jednej umowy o pracę, w jednym miejscu, od godziny 8.00 do 16.00. Coraz więcej pracuje za to zdalnie, przy użyciu komunikacji elektronicznej, na części lub na kilku etatach, jako freelancerzy lub samozatrudnieni, na zlecenie, w zadaniowym czasie pracy, na wezwanie szefa itp. Obecna dyrektywa tych spraw nie normuje lub zajmuje się nimi tylko szczątkowo. Dostrzegła je za to na szczęście Bruksela – chęć dostosowania dyrektywy do dynamicznie zmieniającego się rynku pracy to główna przyczyna wznowienia przeglądu regulacji, który ma doprowadzić do ich modyfikacji.

W kwestii ewentualnych zmian w czasie pracy głównym problemem jest jednak sam czas. Komisja Europejska stara się bowiem zmodyfikować dyrektywę od 2004 r. Jak na razie bezskutecznie. Przeszkodą jest albo brak porozumienia na szczeblu unijnych instytucji, albo europejskich partnerów społecznych. Po dziesięciu latach bezowocnych prób trudno mieć nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Jeśli jednak zmiany znów zostaną zablokowane, unijne prawo będzie gwarantować przywileje coraz mniej licznym wybrańcom zatrudnionym na