statystyki

Wyznania menedżera: Wielu rzeczy w karierze się wstydzę. Najbardziej, że od ludzi ważniejsze były słupki

autor: Mira Suchodolska14.11.2014, 07:00; Aktualizacja: 17.11.2014, 15:51
praca, zespół

Od związkowców żąda się, aby wyrzekli się przywilejów. Ale o przywilejach organizacji pracodawców już się nie mówi.źródło: ShutterStock

W swojej menedżerskiej karierze zrobiłem wiele rzeczy, których dzisiaj się wstydzę. I nie chodzi o to, że wyrzucałem z pracy, bo czasem trzeba podjąć trudne decyzje. Ale o to, że zawsze ważniejsze od ludzi były dla mnie słupki.

Panie Piotrze Ciompa, zadam pierwsze pytanie, a pan może się obrazić i zerwać ten wywiad: skąd się pan wziął i pana dziwne nazwisko?

Urodziłem się w Cieszynie, moja rodzina pochodzi z Zaolzia, jej część nadal żyje po stronie czeskiej. Zwyczajne, nadgraniczne losy. Jeśli chodzi o nazwisko, to jest ono popularne w tamtych rejonach, choć w gwarze cieszyńskiej nie jest to zbyt ładne słowo.

Ja wychowywałam się za miedzą, w Koniakowie, ale Ciompa z niczym mi się nie kojarzy. Co innego, gdyby miał pan na nazwisko Kokot. To odpowiednik męskiego członka, tylko bardziej wulgarnie.

Wychodzi na to, że mam szczęście, bo ciompa to określenie tego, co wychodzi z nosa podczas kataru. Gila po prostu. Ale kiedy zacząłem się interesować swoim pochodzeniem, natrafiłem na świadectwo niemal stuletniej staruszki ze swojej rodziny, która podpadła pod ustawy norymberskie i musiała wykazać się czystym pochodzeniem sprzed trzech pokoleń. I okazało się, że w 1807 r. nasz przodek został podrzucony jako niemowlę pod drzwi bogatego chłopa.

Pytałam z ciekawości, a nie dlatego, że chcę pana rozliczać z czystości rasy.

Ale ja bardzo chętnie na ten temat rozmawiam, zwłaszcza że Ciompi pojawiają się dużo wcześniej. W 1378 r. we Florencji ciompi, czyli w języku starowłoskim łachmaniarze, dziś nazwalibyśmy ich pracownikami przemysłu odzieżowego, obalili republikę, wyrżnęli pracodawców i krótko nią rządzili.

Jednak tym, co mnie najbardziej fascynuje w panu, jest to, że był pan zatwardziałym liberałem, a potem zmienił wyznanie. Nie przestając być menedżerem, zaczął pan bronić lud pracujący przed wyzyskiem.

Skończyłem na Uniwersytecie Warszawskim historię, zrobiłem MBA i kilka seminariów biznesowych w USA. Wynajmowano mnie jako menedżera do prowadzenia średnich i dużych firm, współpracowałem z funduszami inwestycyjnymi, dla których restrukturyzowałem spółki – to były różne zadania, nie zawsze łatwe i przyjemne, jak chociażby zwolnienia grupowe. Poznałem zarządzanie od podszewki. To prawda, że przed laty byłem wręcz wyznawcą wiary neoliberalnej. Jednak w pewnym momencie włączyło mi się myślenie krytyczne. To było podczas zarządzania jedną z firm, kiedy wprowadzaliśmy na rynek nowy produkt. Uczono mnie, że w takich przypadkach decydujące są popyt i podaż, a także jakość – im wyższa, tym lepiej – i cena – konkurencyjna wobec rywali. Ale kiedy w firmie zaczęliśmy liczyć, wyszło, że najwyższy zysk osiągniemy wtedy, kiedy zaniżymy jakość. I tak zrobiliśmy, ale to się nie zgadzało z moimi przekonaniami. Przecież niewidzialna ręka rynku powinna wszystko optymalizować w taki sposób, aby klient za daną cenę otrzymywał produkt jak najwyższej jakości. To nieetyczne, aby świadomie zaniżać jakość produktu, żeby osiągnąć jak największy zysk.

To był straszny naiwniak z pana.


Pozostało jeszcze 81% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane