Nie ma tygodnia, abym nie przeczytał gdzieś wywiadu z przedstawicielem jakiegoś związku pracodawców, w którym znajdują się słowa o konieczności zmiany kodeksu pracy w kierunku jego uelastycznienia. A ostatnio dowiaduję się o inicjatywie grupy posłów PO dotyczącej konieczności jego zmiany po to, aby można było płacić za przepracowany dzień ustawowo wolny, zamiast dawać za niego jakiś inny dzień wolny. Uważam wszystkie te propozycje za kolejny przejaw ofensywy pracodawców na ostatnie bastiony chroniące pracowników przed bezlitosnym wyzyskiem.
Dziennik Gazeta Prawna
Polska stała się niestety poligonem tego typu zmagań. Mam bowiem wrażenie, że to właśnie u nas bada się granice, do których można się posunąć w procesie odbierania ludziom pracy praw zdobytych kiedyś wielkim wysiłkiem. To nasz kraj stał się specyficznym laboratorium, w którym bada się w obrębie cywilizacji zachodniej, jak daleko można się posunąć w procesie odwracania pewnych trendów i tendencji charakterystycznych dla XX-wiecznych relacji pomiędzy kapitałem a pracą, po to, aby powrócić do kapitalizmu z XIX wieku, w którym to właściciele miejsc pracy dyktowali warunki, a pracownicy musieli się do nich dostosować.

1000 euro dla każdego, czyli Bezwarunkowy Dochód Podstawowy w UE >>>

Jak wiadomo, u początków owego wieku pracownicy mieli tylko prawo do tego, aby pracować od rana do wieczora i umrzeć w wieku trzydziestu kilku lat (tyle wynosiła przeciętna długość życia robotników fabryk brytyjskich w pierwszej połowie XIX wieku). Jak wyglądało ich życie, łatwo się przekonać, odwiedzając choćby muzeum miejskie w Manchesterze, w którym przerażające warunki życia angielskiej klasy robotniczej zostały znakomicie udokumentowane. Od tego czasu minęło na szczęście wiele lat zwycięskich walk o prawa pracownicze – współczesne kodeksy pracy czy inne prawa regulujące zatrudnienie pracowników są ich rezultatem.
Przez jakiś czas wydawało się, iż pracodawcy pogodzili się z tym, że pracownicy mają nienaruszalne prawa, jak np. prawo do wypoczynku, godnej zapłaty i ochrony stanu swego zdrowia. Myślę tu w szczególności o kilkudziesięciu latach po II wojnie światowej, gdy w kręgu cywilizacji zachodniej uzyskaliśmy pewien konsens co do relacji pomiędzy kapitałem a pracą, korzystny dla obu stron. Pracownicy mogli korzystać z wielu wcześniej wywalczonych praw, cieszyć się ochroną państwa, zaś pracodawcy wiedzieli, że w zamian mogą liczyć na ich lojalność i chęć dobrej pracy dla dobra jednej i drugiej strony. Rozbudowane państwo socjalne dobrze służyło wszystkim, a poziom zadowolenia z istniejącej sytuacji był bezprecedensowy. Wszystko to zostało zburzone w wyniku procesów zapoczątkowanych przez rządy Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, które de facto miały na celu powrót do relacji pomiędzy pracodawcami a pracownikami charakterystycznych dla okresu sprzed stu lat. Ta neoliberalna kontrrewolucja, jak ją trafnie nazwał Andrzej Walicki, w dużej mierze się niestety udała. Stopniowy demontaż państwa socjalnego oraz ograniczanie praw pracowniczych miały zawrócić Zachód z drogi wytyczonej przez trzy złote dekady okresu powojennego i przybliżyć go ponownie do, wydawało się, zupełnie zapomnianych czasów sprzed stu i więcej lat.

Przepracowany jak polski pracownik, czyli w firmie spędzamy ponad 50 godzin tygodniowo >>>

Na szczęście nie wszystko poszło zgodnie z intencjami wielbicieli Miltona Friedmana i choć zaszło sporo niekorzystnych dla pracowników procesów (z globalizacją na czele, która wywołała wyścig do dna, jeśli chodzi o płace i warunki pracy), to jednak nigdzie na Zachodzie ów powrót do XIX wieku się nie udał, choć Amerykanie odnieśli tu pewien „sukces” choćby w tym, że dziś poziom nierówności w Stanach Zjednoczonych osiągnął wymiar nienotowany od stu kilkudziesięciu lat. Kraje zachodnie zatrzymały się generalnie na przyzwoitym poziomie ochrony praw pracowniczych i przywilejów państwa socjalnego, a niektóre z nich mimo pewnych prób neoliberalnych zmian (Szwecja), powróciły ostatecznie do wypróbowanych standardów państwa dobrobytu. Wydawałoby się zatem, że pewien rozdział w dziejach Zachodu został definitywnie zamknięty, a neoliberalne recepty zostały szczęśliwie odłożone do lamusa historii, gdzie znajduje się ich miejsce. Ale nie w Polsce.
W naszej neofickiej wierze w neoliberalne recepty nie mamy sobie równych na świecie. Stopień wprost żywiołowego poparcia dla tej ideologii, obecny np. w wypowiedziach pracodawców, ale również w setkach komentarzy na forach internetowych, jest zaiste zadziwiający. Co więcej, ryzykując pewną przesadę, można by wręcz powiedzieć, że staliśmy się królestwem libertarianizmu, doktryny stojącej jeszcze bardziej na prawo niż neoliberalizm. Nie wchodząc w jej szczegóły, przypomnijmy jedynie, że jedną z jej cech charakterystycznych jest skrajna niechęć wobec państwa oraz wszelkich uregulowań rynku kapitalistycznego, które mogłyby tonować jego najbardziej fatalne skutki działania, jak wzrost nierówności ekonomicznych, zachwianie równowagi w relacjach pomiędzy pracodawcą a pracownikiem czy też utowarowienie wszystkich dziedzin życia.

Nasi rodzimi libertarianie z Leszkiem Balcerowiczem i Januszem Korwin-Mikkem na czele marzą o sytuacji, w której naprzeciwko pracodawcy stanąłby samotny pracownik, niechroniony żadnymi prawami państwowymi, twierdząc, że o wszystkim powinna decydować swobodna umowa pomiędzy nimi. Sądzą oni, że w ten sposób spotkaliby się dwaj równorzędni partnerzy, którzy mogliby się dowolnie układać z korzyścią dla obu stron. Doprawdy nie trzeba być marksistą, aby uznać owe przekonania za klasyczny wyraz ideologii, czyli samooszukiwania się, mającego na celu ukrycie faktycznego charakteru takiej sytuacji, niezwykle korzystnego dla jednego z jej aktorów, a mianowicie dla pracodawcy. Od setek lat wiadomo, że owa relacja nigdy nie jest symetryczna ekonomicznie i społecznie, że pracownik z definicji jest stroną słabszą i że jeśli pozwolić na nieingerencję w jej kształt, uzyskamy stan skrajnego wyzysku i niesprawiedliwości. Wiedza ta jest, wydawałoby się, czymś elementarnym, co nie tylko zostało zapisane w największych dziełach z zakresu nauk społecznych, programach partii socjaldemokratycznych, konserwatywnych i liberalnych (tak, tak, liberalizm był kiedyś rozsądną doktryną polityczną, choć dziś trudno w to uwierzyć...), ale stało się także oczywistą przesłanką funkcjonowania państw w obrębie cywilizacji zachodniej. Dlatego też od dawna wychodzą one z założenia, że pracownik wymaga ochrony i wsparcia, albowiem w relacji z pracodawcą nie ma żadnych szans na ochronę swoich elementarnych praw (jak np. prawo do wypoczynku).

Przeciwnicy takiego podejścia oskarżają państwo o wtrącanie się w nie swoje sprawy czy wręcz o paternalizm, czyli organizowanie życia obywatelom w imię rzekomej wiedzy o tym, co dla nich dobre, i w ten sposób o ograniczanie ich wolności. Zapominają oni jednak, że owa troska o wolność nie jest bezinteresowna, ponieważ w sytuacji niesymetryczności wzajemnych relacji sprzyja ona tylko jednej ze stron, tej silniejszej. Jak i o tym, iż paternalizm ów jest wynikiem długiego procesu uczenia się cywilizacji zachodniej, w wyniku którego zauważono, że gdy pozostawi się wszelkie relacje międzyludzkie jedynie domenie swobodnych umów, rezultatem będzie społeczne zło objawiające się m.in. cierpieniem tych, którzy nie mając żadnych szans w konfrontacji z silniejszym, muszą zgodzić się na stan półniewolnictwa, aby fizycznie przetrwać. W tej perspektywie wszelkie próby zmian kodeksu pracy mające na celu wprowadzenie bardziej elastycznych rozwiązań muszą być traktowane z wielką podejrzliwością. Trzeba sobie bowiem odpowiedzieć na pytanie, czy przypadkiem ich celem nie jest zachwianie względnej i kruchej równowagi pomiędzy pracodawcami a pracownikami na rzecz tych pierwszych oraz jakie będą ich faktyczne skutki uboczne. I tak np. nietrudno się domyślić, że postulat wprowadzenia odpłatności za przepracowany dzień ustawowo wolny od pracy, zamiast konieczności przyznania za ów dzień innego dnia wolnego, spowoduje de facto wydłużenie czasu pracy ponad granicę uważaną powszechnie za rozsądną (40 godzin tygodniowo). Trudno bowiem nie podejrzewać, że pracodawcy znajdą stosowne środki nacisku na pracowników, aby skłonić ich do dłuższej pracy w zamian za (na ogół marne) pieniądze, ci zaś w obawie o utratę swoich miejsc pracy będą musieli to zaakceptować.

Polscy pracownicy, którzy już dziś pracują najdłużej w Europie, i to za bardzo kiepskie pieniądze, będą musieli pracować jeszcze dłużej. Wziąwszy pod uwagę polską mizerię płacową (sytuujemy się wszak na płacowym dnie Europy), zyski dla pracownika będą niewielkie, dla pracodawcy zaś znaczne. Od czasu Marksa wszak wiadomo, że głównym elementem zysku przedsiębiorcy jest praca pracownika, im jest ona dłuższa, tym jego zyski są większe. W tym sensie czas pracy jest dziś główną areną walki o ograniczenie wyzysku. Im jest on dłuższy, tym wyzysk większy. Podobnie niekorzystnie wyglądają dla pracowników wszelkie postulaty wprowadzenia większej elastyczności w warunkach zatrudnienia pracowników. To tendencja do tego, aby zwiększyć i tak gigantyczną dziś armię prekariuszy, czyli tych, którzy cierpią na niepewność zatrudnienia i w związku z tym obniżenie poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego.

Polska krajem prekariuszy: Bez perspektyw życiowych, bez przyszłości >>>

Jak pokazuje Guy Standing w wydanej właśnie po polsku klasycznej już pracy „Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa”, prekariat jest dziś klasą społeczną, która ponosi największe koszty psychologiczne, ekonomiczne i społeczne turbokapitalizmu dążącego do tego, aby przerzucić koszty gigantycznej konkurencji w zglobalizowanym świecie na barki pracowników, i coraz bardziej mu się to udaje.

Polska jest tu szczególnie dobrym przykładem z 27-procentowym udziałem osób zatrudnionych na umowach śmieciowych (europejski lider). W tej sytuacji dążenie do pogłębienia prekaryzacji polskich pracowników jest zaiste pójściem dokładnie w przeciwnym kierunku od społecznie pożądanego. Polska potrzebuje więcej dobrej, stabilnej pracy, a nie mniej, więcej osób, które mogłyby się poczuć bezpiecznie, a nie mniej, więcej społecznej sprawiedliwości objawiającej się m.in. bardziej symetrycznymi stosunkami pomiędzy pracodawcami a pracownikami. Skądinąd nawoływanie do wzmożenia elastyczności i dyspozycyjności polskiego pracownika jest nie tylko szkodliwe społecznie, lecz także przeciwskuteczne ekonomicznie. Nie od dziś bowiem wiadomo, że dobry pracownik to pracownik lojalny, który traktuje swoją firmę jako coś znacznie więcej niż tylko zwykłe miejsce pracy, a prawdziwy sukces ekonomiczny odniosły w Europie te kraje, które zapewniły mu poczucie partycypacji w zyskach oraz udział w zarządzaniu (Niemcy, Austria, kraje skandynawskie).
Bezwstydne nawoływanie do większej elastyczności pracowników w kraju, w którym niemal nikt nie jest pewien swojej pracy, a młode pokolenie cierpi na chroniczny stan zawieszenia i braku jasnych perspektyw zawodowych i życiowych, jest wyrazem całkowitego oderwania się naszej klasy dominującej od rzeczywistości społecznej, niebezpiecznym testowaniem ludzkiej wytrzymałości, dążeniem do dalszego pogłębiania poczucia frustracji i bezradności pracowników w obliczu przewagi pracodawców, obojętności państwa na ich problemy oraz poczucia, że ich interesów nie reprezentuje żadna siła polityczna. Jest ono poza tym wyrazem niemoralnej postawy ludzi, którzy sami bezpiecznie osadzeni w zakumulowanym majątku arogancko domagają się wyzucia z poczucia resztek bezpieczeństwa tych, którzy stoją na z góry przegranych pozycjach. Tym bardziej oburzającej, że ukrywającej się pod płaszczykiem troski o dobro wspólne.
Nasz kraj stał się specyficznym laboratorium, w którym bada się w obrębie cywilizacji zachodniej, jak daleko można się posunąć w procesie odbierania ludziom pracy praw zdobytych kiedyś wielkim wysiłkiem. Po to, aby powrócić do kapitalizmu z XIX w., w którym właściciele fabryk dyktowali warunki, a pracownicy musieli się do nich dostosować