Dziwi jednak, że były już szef służby cywilnej przy pierwszej ocenie wszystkich członków korpusu ubolewał nad tym, że bezpośredni przełożeni wystawiają tak dużo bezkrytycznych ocen swoim podwładnym. Można odnieść wrażenie, że nie chcą się konfliktować z załogą. Chodzą też słuchy, że kierownicy nie mają czasu na sformalizowaną ocenę, więc proszą urzędników, aby sami wypełnili stertę papierów i zaproponowali sobie ścieżkę awansu, której zresztą i tak nie ma. W efekcie oceniani wystawiają sobie laurki i nikt nie wychwytuje tych, którzy słabo pracują lub nie angażują się w swoje zadania.

Związkowcy dla odmiany uważają, że ocena urzędników jest tylko po to, aby się pozbyć niewygodnych osób. Jeśli tak, to chyba jest ich garstka. W ubiegłym roku tylko dziewięciu otrzymało notę na poziomie znacznie poniżej oczekiwań. Co więcej, dyrektorzy generalni niewiele mogą w tej materii zrobić. Czasami tylko sugerują kierownikom, że zbyt wysoko oceniają swoich pracowników.

W urzędach krąży też anegdota, że najwięcej ocen jest na poziomie dobrym, bo w przypadku tych najlepszych i najsłabszych trzeba pisać obszerne uzasadnienie.

Nikt nie ma pomysłu na uzdrowienie weryfikacji pracy urzędników. A przecież dzięki rzetelnej (niekoniecznie skomplikowanej ocenie) można byłoby doprowadzić do redukcji zatrudnienia. Najlepsi natomiast dzięki dobrej nocie mogliby liczyć na awans i podwyżkę, a nie tylko na poklepanie po plecach przez kierownika. Dziś poza urzędnikami mianowanymi dobra ocena nie rodzi żadnego skutku.

Póki nie zostanie uzdrowiony ten system, zamiast akcji weryfikowania pracy urzędników lepiej byłoby zrobić akcję niezwłocznego załatwiania przez nich spraw. Dla obywateli takie rozwiązanie z pewnością byłoby korzystniejsze od nikomu niepotrzebnego, za to bardzo pracochłonnego wystawiania sobie laurek.