Dopóki nie ma recesji, to w zasadzie ciągle można mówić jeszcze o zielonej wyspie. Nie da się tylko ludziom wytłumaczyć, dlaczego z tej zielonej wyspy emigrują w poszukiwaniu pracy tam, gdzie, patrząc tylko na PKB, jest gorzej niż u nas. Dlaczego w innych krajach gospodarka rozwija się wolniej, ale o pracę łatwiej? Czyli po prostu – kiedy będzie lepiej? Ludziom, nie gospodarce. Bo to nie zawsze na jedno wychodzi.

Organizacje przedsiębiorców przekonują, że wszystkiemu winien nasz kodeks pracy. Za sztywny, za bardzo propracowniczy. Mało elastyczne prawo powoduje, że w Polsce (według najświeższych badań NBP) rocznie 2,5-krotnie mniej osób niż w Stanach Zjednoczonych zmienia lub traci pracę. Jak na nasz polski gust to wcale tak mało nie jest – zjawisko dotyczy przecież aż 10 proc. aktywnych zawodowo. Nasze podejście wynika jednak z tego, że w Polsce prawdopodobieństwo utraty pracy jest wprawdzie wysokie (dużo wyższe niż w Belgii, we Włoszech, w Holandii czy Czechach), ale znalezienia nowego zatrudnienia – bardzo niskie. Nowych miejsc pracy przybywa wolniej niż ludzi spragnionych jej znalezienia. Więc wolimy jako taką stabilizację, chociaż już na coraz niższym poziomie. Zarówno właściciele firm, jak i jeszcze bardziej ich pracownicy zaciskają zęby, ale trwają. Byle tylko nie zbankrutować.

W Stanach Zjednoczonych takiego strachu przed bankructwem nie ma – rocznie likwiduje się aż 13–14 proc. miejsc zatrudnienia. A jednak, mimo kryzysu i o wiele gorszego niż u nas prawa ludziom żyje się lepiej. Bo jednocześnie zupełnie nowych stanowisk powstaje jeszcze więcej – 14–16 proc. rocznie. Pracę łatwo się więc traci, ale jeszcze łatwiej znajduje następną. Średnia unijna jest lepsza niż w Polsce, ale gorsza niż w USA – rocznie znika 7–9 proc. starych miejsc zatrudnienia, ale powstaje tyle samo nowych. Przynajmniej się nie pogarsza.

Strach przed utratą pracy powoduje, nie tylko w związkowcach, determinację, żeby sztywnego kodeksu bronić do ostatniej kropli krwi. Żeby nie było jeszcze gorzej. Problem w tym, że to propracownicze polskie prawo dotyczy już coraz mniejszej liczby osób. Pracodawcy znaleźli bowiem swoisty by-pass do obejścia niewygodnych dla siebie przepisów. To dlatego Polska wysunęła się na pozycję unijnego lidera w zatrudnianiu na umowy na czas określony, zwane śmieciowymi. Na takich warunkach pracuje już 27 proc. zatrudnionych. Niedawny faworyt, Hiszpania, ma ich mniej, bo 25 proc. W Holandii jest ich 18 proc., a w Niemczech poniżej 15 proc. Nawet w tak bardzo dotkniętej kryzysem Irlandii zatrudnionych na czas określony jest tylko 10 proc. A w liberalnej Wielkiej Brytanii – niecałe 7 proc. Gdyby warunki ochrony pracujących na czas określony i nieokreślony bardziej do siebie zbliżyć, może stosunek przedsiębiorców do etatów nie byłby aż tak negatywny? Może śmieciówek byłoby wtedy mniej?

Choć pracujemy na coraz gorszych warunkach, to kodeksu pracy w jego obecnej formie obronić się i tak nie da. Zwłaszcza że już 60 proc. naszego PKB powstaje w usługach, które sztywne prawo pracy uwiera szczególnie. Przepisów, które w fabrykach są jak najbardziej uzasadnione, w biznesie usługowym przestrzegać się nie dają. Nasz wybór nie polega więc na tym, czy kodeksu bronić, czy nie. Byłoby nieźle, gdyby tak było. Chodzi o to, czy nasi przedsiębiorcy staną się mistrzami świata w omijaniu nieelastycznego prawa, czy też prawo to zostanie bardziej dostosowane do gospodarczych realiów i zacznie być bardziej szanowane.