Szefowie mogą pozbywać się urzędników z naruszeniem przepisów i pogwałceniem kryteriów zwolnień. Jeśli sąd zasądzi odszkodowanie, zapłaci Skarb Państwa, a nie przełożony.
ikona lupy />
DGP
Na wrzesień zapowiadana jest nowelizacja tegorocznego budżetu. Z projektu już wiemy, że deficyt będzie znacznie wyższy od pierwotnego, wzrośnie też dług publiczny. To wystarczające przesłanki, aby wprowadzić redukcje lub ograniczenia pensji w administracji rządowej – taką możliwość, na mocy rozporządzenia Rady Ministrów, dała rządzącym tarcza antykryzysowa. Zatrudnienie będzie się też zmniejszało przy okazji planowanego łączenia ministerstw. Część urzędników musi się liczyć ze zwolnieniami. Jednak w administracji wciąż jest problem z obiektywnymi kryteriami, na podstawie których odbywają się redukcje, w efekcie pracę tracą fachowcy, a posady zachowują znajomi.
Dyrektorzy generalni oraz poszczególni szefowie departamentów i wydziałów mogą jednak spać spokojnie, bo jeśli nawet dokonają zwolnień w sposób bezprawny – o czym może za kilka lat przesądzi sąd pracy – to i tak nie muszą się obawiać konsekwencji. Regres od przełożonego (a więc obciążenie jego samego, a nie instytucji, kosztami odszkodowania), np. za niewłaściwe wytypowanie pracownika do zwolnienia, nie jest w urzędach praktykowany. Co więcej, wiele z nich stoi na stanowisku, że nie ma ku temu podstawy prawnej. W efekcie za bezkarność dyrektorów płacą podatnicy, a sami zainteresowani nie ponoszą żadnych konsekwencji za brak obiektywizmu.

(Bez)kryteriów

Z sondy DGP wynika, że nieprawidłowości przy zwolnieniach w ministerstwach i urzędach wojewódzkich nie brakuje. Część pracowników jest przywracana do pracy, bo sąd stwierdza naruszenie prawa, niektórzy otrzymują odszkodowania za bezprawne zwolnienie. Pieniądze wypłacane są z kasy urzędu i na tym koniec. Nikt nie zajmuje się szukaniem odpowiedzialnych za nieprawidłowe decyzje.
– Obecnie są trzy sprawy pracownicze w sądzie pracy. Od 2015 r. do chwili obecnej trafiło ich tam 11. Do tej pory osiem zakończyło się prawomocnym wyrokiem, w tym sześciu pracowników otrzymało odszkodowanie, żaden nie został przywrócony do pracy – wylicza Jarosław Rybarczyk z Ministerstwa Zdrowia. Jak dodaje, łączna kwota związana z procesami (odszkodowania i koszty zlecanej obsługi prawnej) od 2015 r. wyniosła 192,6 tys. zł.
Bardzo dużo spraw odnotowuje MON – w sprawdzanym przez nas okresie było ich aż 23, a 12 z nich wciąż jest w toku. Jednak to jeden z nielicznych urzędów, który nikogo nie musiał przywracać do pracy ani wypłacać odszkodowania. Takim sukcesem nie może się pochwalić Mazowiecki Urząd Wojewódzki, który obecnie w sądzie pracy ma siedem spraw, a od 2015 r. zarejestrowano ich 29. – Zasądzeniem odszkodowania zakończyły się trzy sprawy na łączną kwotę ok. 73 tys. zł, a do pracy przywrócono jedną osobę – wylicza Ewa Filipowicz, rzeczniczka wojewody mazowieckiego.
Z kolei Małopolski Urząd Wojewódzki informuje o 13 sprawach skierowanych do sądu od 2015 r. Z tego trzy zakończyły się wypłatą odszkodowania, nie zostało orzeczone przywrócenie do pracy. Łączna kwota należności wyniosła 60 tys. zł. Wojewoda kujawsko–pomorski nie musiał wypłacać odszkodowania, ale musiał przywrócić do pracy urzędnika. Z kolei wojewoda lubelski wypłacił ponad 51 tys. zł z tytułu odszkodowań.

Szukanie winnych

Pytane przez nas urzędy nie podejmowały decyzji o zbadaniu sprawy i sprawdzeniu, dlaczego zwolniony pracownik wygrał przed sądem. Za każdym razem sprawa kończy się wypłatą odszkodowania.
Zmienić to postanowił urzędnik, który po trzyletniej batalii wygrał w obu instancjach i otrzymał 50 tys. zł odszkodowania za bezprawne zwolnienie. – Sąd pracy wskazał winnego. W skrócie, rażąco naruszono zasadę równego traktowania, bo wytypowano do zwolnienia mnie, a nie kolegów dyrektora biura – mówi były pracownik Głównego Urzędu Miar. – Postanowiłem, że nie odpuszczę, dopóki urzędnik nie zapłaci za szkodę, bo Skarb Państwa ma przecież regres na podstawie art. 114 kodeksu pracy w zw. z art. 9 ustawy o służbie cywilnej. Zgodnie z nim pracownik, który wskutek niewykonania lub nienależytego wykonania obowiązków pracowniczych ze swej winy wyrządził pracodawcy szkodę, ponosi odpowiedzialność materialną według zasad określonych w przepisach – dodaje.
Zwolniony próbował też wykazać, że jego urząd ma obowiązek dochodzić każdej wierzytelności na podstawie art. 42 ust. 5 ustawy o finansach publicznych. – Zaniechanie dochodzenia to delikt dyscypliny finansów publicznych – przekonuje.
Po licznych pismach urzędnika prezes GUM wysłał zawiadomienie do rzecznika dyscypliny finansów publicznych, ale ten odmówił wszczęcia postępowania. Na pytanie DGP o powody tej decyzji, odpowiedział, że pracodawca (który dopiero pod naciskiem byłego pracownika zawiadomił rzecznika) mógł złożyć zażalenie na jego decyzję. Tego jednak nie uczynił.
O stanowisko w tej sprawie poprosiliśmy również GUM. – Każda decyzja kadrowa niekorzystna dla pracownika obarczona jest ryzykiem skierowania sprawy na drogę sądową. Poprzedzające takie decyzje analizy mają na celu minimalizację ryzyka naruszenia prawa pracy i ewentualnej przegranej sporu sądowego, nie mogą one jednak w całości wyeliminować takiego ryzyka. Fakt, że sąd pracy nie podzielił argumentów pracodawcy uzasadniających w jego ocenie rozwiązanie stosunku pracy z pracownikiem, nie oznacza automatycznie, że po stronie pracowników przygotowujących pracodawcy proces redukcji zatrudnienia doszło do zawinionego naruszenia zasad rzetelności czy bezstronności – wyjaśnia Sebastian Margalski z GUM. I dodaje, że pracodawca nie dostrzegł w tej sprawie naruszenia przez pracowników obowiązków wynikających z kodeksu pracy czy ustawy o służbie cywilnej. Do sprawy nie odniósł się resort rozwoju, który nadzoruje ten urząd.
Jednak zdaniem zwolnionego urzędnika doszło do umyślnego naruszenia prawa. Dlatego to dyrektor, który pominął znajomych przy zwolnieniach, powinien zapłacić odszkodowanie, a nie Skarb Państwa.
– Ta sprawa pokazuje, że szefowie urzędów powinni rozliczać się z każdej złotówki tylko w ograniczonym zakresie – mówi Jadwiga Płażek-Żywicka, radca prawny. – Zakładam, że prezes GUM nie będzie już występował przeciwko pracownikowi o regres, bo przecież ma uzasadnienie od rzecznika dyscyplinarnego, że nie musi tego robić. Z kolei urzędnik, który wygrał odszkodowanie, nie ma legitymacji prawnej, aby się tego domagać. Może tylko wystąpić z kolejnym roszczeniem o naruszenie dobrego imienia, ale w tym przypadku, jeśli ponownie wygra, to znów pieniądze wypłaci mu Skarb Państwa, a nie ten, kto dokonał niewłaściwego zwolnienia – dodaje.