W przyszłym roku państwowa sfera budżetowa znów wraca do zamrożenia płac. Tym samym od dekady urzędnicy nie mogą doczekać się podwyżek. Z sondy DGP przeprowadzonej w urzędach administracji wynika, że praca zarówno w tej rządowej, jak i samorządowej nie daje im ani satysfakcji finansowej, ani stabilizacji. W efekcie pracownicy lawinowo odchodzą z pracy, a w ich miejsce zgłaszają się pojedyncze osoby. Urzędnicy, którzy mają uprawnienia emerytalne, wybierają sami zakończenie aktywności zawodowej. O tym, że w urzędach zaczyna brakować kadry, świadczy rosnąca liczba ofert pracy. I to mimo pandemii.

Przyspieszone decyzje

Urzędnicy odchodzą również dlatego, że boją się zwolnień i obniżki pensji. Takie zapowiedzi ze strony rządu już się pojawiły. Niewykluczone, że cięcia etatów mogą dotknąć 10–20 proc. pracowników administracji.

– Jeśli takie rozwiązanie dojdzie do skutku, urzędy w pierwszej kolejności będą zwalniać osoby z uprawieniami emerytalnymi. A te obawiają się, że wtedy na odchodne dostaną niższe odprawy. Dlatego same decydują się odejść – wyjaśnia Robert Barabasz, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Łódzkim Urzędzie Wojewódzkim.

– Nie brakuje też osób, które żegnają się z urzędem, bo ich oczekiwania finansowe są znacznie wyższe od tego, co może im zaproponować dana jednostka – dodaje.

Taką sytuację potwierdza sonda DGP w ministerstwach i urzędach wojewódzkich. Z resortu zdrowia w tym roku odeszło 35 pracowników, w tym 10 na emeryturę, w Ministerstwie Obrony Narodowej takich przypadków było o 13 więcej (z tego też 13 zdecydowało się przejść na świadczenia emerytalne). W Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego od stycznia ubyło 24 urzędników, w tym tylko dwóch wybrało emeryturę. W resorcie edukacji na zmianę pracy zdecydowało się 23 pracowników. Największa skala odejść była widoczna w kancelarii premiera. Tam w tym roku pracę zakończyło 99 osób, a tylko 12 w związku z przejściem na emeryturę. Do pracy u premiera trafiły 192 osoby, ale – jak tłumaczą sami zainteresowani – było to spowodowane wydzieleniem z Ministerstwa Spraw Zagranicznych działu zajmującego się obsługą spraw dotyczących Unii Europejskiej. W efekcie łącznie pracuje tam ponad 800 osób. W miejsce odchodzących są zatrudniane kolejne osoby. Ale chętnych do pracy w administracji jest zdecydowanie mniej niż jeszcze kilka lat temu.

– Odejścia z urzędów są pokłosiem tego, że nie mogą one konkurować o pracownika z firmami z innych branż. Kiedyś praca w administracji może nie była dobrze płatna, ale przynajmniej stabilna. Obecnie nawet tego nie gwarantuje – podkreśla prof. Jolanta Itrich-Drabarek z Uniwersytetu Warszawskiego, były członek Rady Służby Cywilnej.

Podwyżki kością niezgody

Związkowcy podkreślają, że niezadowolenie urzędników z warunków pracy może tylko rosnąć. Ich nastrojów nie uspokaja ekipa rządząca, która planowała znaczący wzrost wynagrodzeń, m.in. dla parlamentarzystów, wojewodów i ministrów.

– Jednym zamraża się pensje, tłumacząc to trudną sytuacją budżetową, by drugim oferować w tym samym czasie hojne podwyżki. Choć ten pomysł upadł, nikt o tym nie zamierza zapominać – podkreśla Robert Barabasz.

I dodaje, że pieniądze na podwyżki dla urzędników muszą się znaleźć. Jeśli nie przez podwyższenie kwoty bazowej, to przez zwiększenie środków na funduszu płac.

W terenie też trudno

O tym, że z administracji odpływa kadra specjalistów, świadczą dane o liczbie ofert pracy zamieszczanych na stronie kancelarii premiera. Średnio co tydzień pojawia się ich ok. 600, a jeszcze przed kilkoma laty było ich od 100 do 200 tygodniowo. Obecnie wiele tych ofert jest powtórnie zamieszczanych, bo okazuje się, że konkurs nie wyłonił żadnego kandydata.

Z odejściami z administracji rządowej borykają się też urzędy wojewódzkie. I to mimo że ich pracownicy dostali w ubiegłym roku 500 zł podwyżki, a w tym roku ich pensje wzrosły o 6 proc. Od początku roku tylko ze Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego z pracy odeszło 25 osób, w tym cztery na emeryturę. Z Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego zwolniło się odpowiednio 58 urzędników, w tym 16 wybrało emeryturę. Z kolei z Lubelskim Urzędem Wojewódzkim pożegnało się 27 osób, z tego 14 nabyło uprawnienia emerytalne.

Jeszcze trudniejsza sytuacja niż w instytucjach rządowych jest w samorządach. Tam nie ma często pieniędzy na podwyżki, bo są inne pilniejsze i zlecone zadania. Tylko w urzędzie miasta w Olsztynie od początku roku z pracy odeszły 43 osoby i aż połowa z uwagi na wiek.

– W to miejsce udało się zatrudnić zaledwie 15 nowych urzędników. Odejścia pracowników powodowane są głównie czynnikami ekonomicznymi – przyznaje Patryk Pulikowski z olsztyńskiego magistratu.

Wskazuje, że na ogłaszane wolne stanowiska pracy wpływa coraz mniej ofert, a najtrudniej pozyskać jest specjalistów z wykształceniem technicznym.

Lokalnym włodarzom w poszukiwaniu nowych urzędników może pomóc wzrost bezrobocia. Bo choć praca w administracji nie daje tak dużej stabilności jak dawniej, to lepiej mieć jakiekolwiek zajęcie niż żadne.

– Od początku roku z pracy odeszło 85 osób, w tym 16 na emeryturę, a pojawiło się 61 nowych – wylicza Dariusz Czapla z urzędu miasta w Katowicach.

– Na przykładzie ostatnich procesów rekrutacyjnych można zauważyć zwiększone zainteresowanie wolnymi stanowiskami urzędniczymi. Jest więcej kandydatów na poszczególne stanowiska pracy w porównaniu do okresu sprzed pandemii – wyjaśnia Czapla.

Większą skalę odejść niż zwykle odnotowuje urząd miasta w Krakowie. Tam od stycznia z pracą pożegnało się aż 110 pracowników, z tego blisko połowa zdecydowała się przejść na emeryturę.

– Obecnie poszukujemy specjalistów z zakresu problematyki podatku VAT oraz pracowników do Centrum Obsługi Informatycznej – potwierdza Barbara Skrabacz-Matusik, zastępca dyrektora wydziału organizacji i nadzoru urzędu miasta w Krakowie. 

Kiedyś praca w administracji może nie była dobrze płatna, ale przynajmniej stabilna. Obecnie nawet tego nie gwarantuje