Przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie mieści się nie tylko siedziba Prawa i Sprawiedliwości, lecz także Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. To zupełny przypadek, ale w kontekście sprawy minister Marleny Maląg – symboliczny.
Z dokumentów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że nowa szefowa resortu nadużywała umów na czas określony w okresie, gdy pełniła funkcję dyrektora Liceum Ogólnokształcącego Spółdzielni Oświatowej w Ostrowie Wielkopolskim. Doszło do naruszenia art. 251 kodeksu pracy.
Ta sprawa wyraźnie uwidacznia kryzys zaufania. Po pierwsze do narracji zaproponowanej przez partię rządzącą. Prawo i Sprawiedliwość nie wygrało dwojga kolejnych wyborów parlamentarnych, odwołując się do elit, pracodawców i osób, które po transformacji ustrojowej jednoznacznie poprawiły swój standard życia. Ugrupowanie zyskiwało poparcie, bo zapowiedziało walkę o interesy słabszych – pracowników, rodzin wielodzietnych, osób starszych. I trzeba przyznać, że ten cel w znacznej mierze PiS zrealizował – wprowadził liczne transfery socjalne, obniżył wiek emerytalny, wprowadził minimalne wynagrodzenie dla samozatrudnionych i zleceniobiorców. Trudno więc wytłumaczyć, dlaczego partia na czele resortu, który symbolizuje te zmiany, postawiła osobę, której przeszłość jako pracodawcy budzi tak istotne wątpliwości. Nie chodzi tu już tylko o naruszenie art. 251. Już samo to, że była dyrektor LO przez osiem lat zatrudniała osobę na umowach na czas określony, nie budzi do niej zaufania. Podobnie jak tworzenie spółdzielni oświatowej po to, aby przejęła prowadzenie samorządowej dotychczas szkoły. To raczej działania charakteryzujące tych, którzy sprytnie wykorzystują znajomość prawa, by maksymalizować zyski. Oni na PiS raczej nie głosują.