Eksperci są zgodni: Sposób konstrukcji przepisów dotyczących powiadamiających o nieprawidłowościach świadczy o tym, że cel regulacji, jakim powinna być ochrona interesu publicznego, będzie realizowany poprzez konfrontację pracownika z pracodawcą i odwrotnie.
Reklama
Trwają prace nad projektem ustawy o jawności życia publicznego, firmowanej przez ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego i jego zastępcę Macieja Wąsika. Wprowadzają one do porządku prawnego mechanizmy dotyczące ochrony sygnalistów, czyli ludzi informujących o nieprawidłowościach w firmie. Pierwotny projekt skrytykowało 21 organizacji pozarządowych i pracodawcy.
Niedawno światło dzienne ujrzała jego nowsza, w założeniu lepsza, wersja. Zmiany w niej zawarte odnoszą się też do sygnalistów. Problem w tym, że zaproponowane poprawki niewiele zmieniają.
Zmiany, ale nie takie
Jeden z przepisów, który dodano, stanowi, że na postanowienie prokuratora o odmowie nadania statusu sygnalisty będzie przysługiwać zażalenie. Eksperci mają wątpliwości, czy zagwarantuje to takim osobom realną ochronę. – Zanim sąd zdąży rozpoznać zażalenie, sygnalista straci pracę – prognozuje Anna Wojciechowska-Nowak, ekspert w zakresie whistleblowingu z Linii Etyki.
Konsternację wśród ekspertów wywołał też poszerzony krąg podmiotów, które mogą taką ochronę uzyskać. Autorzy projektu ujęli w nim bowiem pracodawców. – Trudno wyjaśnić, skąd pomysł pracodawcy sygnalisty – zastanawia się Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy Fundacji ePaństwo.
Emocji nie wywołało z kolei dodanie do tego katalogu, obok pracowników, osób zatrudnionych na innej podstawie niż umowa o pracę. – Uwzględniając fakt, że rynek pracy staje się coraz bardziej elastyczny, to jak najbardziej ochrona sygnalistów powinna obejmować wszystkich, niezależne od tego, jaka jest podstawa ich zatrudnienia. Celem nadrzędnym jest bowiem zachęcenie do sygnalizowania nieprawidłowości godzących w dobro firmy czy interes społeczny. Z tego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy jest to zlecenie, czy umowa o pracę. Gdyby ograniczyć ochronę wyłącznie do pracowników, to byłby to poważny błąd – wyjaśnia Izdebski. I podkreśla, że nie da się patrzeć na to, co proponują projektodawcy, przez pryzmat pojedynczych przepisów. – Liczy się całość regulacji, mających zapewnić sygnalistom ochronę. A jej nowe przepisy nie gwarantują – dodaje.
Do poprawki
W nowym projekcie nie zostały usunięte podstawowe defekty związane z samą ochroną sygnalistów. Po pierwsze cały czas mogą oni informować tylko o niektórych przestępstwach o charakterze korupcyjnym. Po drugie, projekt zupełnie pomija ochronę prawną takich osób, w sytuacji gdy zawiadamiają one o nieprawidłowościach w ramach struktur swojego pracodawcy.
W dalszym ciągu prokurator będzie mógł też odebrać status sygnalisty w sytuacji, gdy popełnił on przestępstwo ścigane z oskarżenia publicznego. Taki sam los spotka też osoby, które dostarczyły informacje niewystarczające do wszczęcia postępowania przygotowawczego. – To jest poniekąd przerzucenie ciężaru gromadzenia dowodów na pracownika – ocenia Anna Wojciechowska-Nowak.
Cały czas brakuje też kryteriów, na podstawie których prokurator będzie wyrażał zgodę na rozwiązanie umowy z sygnalistą. Będzie tu obowiązywać pełna uznaniowość śledczego. – W przepisach, które regulują sytuację prawną jednostki, takich regulacji powinno się unikać – ocenia ekspert.
Więcej szkody niż pożytku
Eksperci krytycznie oceniają też intencje projektodawców. – Autorzy zmian wydają się wychodzić z założenia, że wszyscy przedsiębiorcy są nieuczciwi. Pracodawca, u którego pojawiły się nieprawidłowości, ma zmniejszone szanse na to, żeby samodzielnie je wyeliminować. Projekt kładzie bowiem nacisk na to, żeby pracownik zgłaszał się od razu do prokuratury. A to błąd – zaznacza Wojciechowska-Nowak. Uważa jednocześnie, że jeżeli ustawa w obecnym kształcie wejdzie w życie, to może zniweczyć dotychczasowe starania zmierzające do pokazania sygnalisty jako osoby, która informuje o nieprawidłowościach w interesie firmy, a nie jako donosiciel.
Etap legislacyjny
Projekt w konsultacjach